Kategoria artykułu: Sport

Odnalezione ferrari Jordana, zgubiony rozum „futbolisty” i klub wygrywający w trzech różnych ligach

Piłkarz transmitujący mecze Bundesligi. I pięściarz, który został mistrzem świata dzięki odporności na ciosy. Komu na sercu leży sprawiedliwość, powinien sławić sport. Tutaj do sukcesu i wielkich pieniędzy może prowadzić zarówno pomysłowość, jak i brutalna siła.

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Top story

To miała być historyczna noc dla brytyjskiego sportu. W tle majaczyło nazwisko Mike’a Tysona, bo 21-letni Moses Itauma zamierzał nawiązać do wyczynu „Bestii” i w bardzo młodym wieku zdobyć mistrzostwo świata w wadze ciężkiej. Tyson sięgnął po ten tytuł jako 20-latek.

Wszystko układało się znakomicie – Moses Itauma, runda po rundzie, rozbijał 34-letniego Chorwata Filipa Hrgovicia. Oglądaliśmy narodziny gwiazdy. Po mistrzostwo zmierzał pięściarz efektownie boksujący, a do tego elokwentny.

Przed walką ironicznie mówił o swoim chorwackim rywalu, że chwalą go przede wszystkim za twardą szczękę. Twierdził, że tego rodzaju komplementy są nonsensem. Dawał do zrozumienia, że boks polega na tym, by nie dać się trafić – a nie na demonstrowaniu odporności na ciosy. Brzmiało efektownie.

Filip Hrgović odpowiadał łamanym angielskim, że w boksie nie ma nic ważniejszego niż szczęka. Cytował „Rocky’ego” – że nie jest ważne, jak mocno uderzasz, ale ile potrafisz przyjąć. Można było wtedy tylko ziewnąć. Nuda.

Moses Itauma trafia Filipa Hrgovicia w walce o mistrzostwo świata wagi ciężkiej
Moses Itauma (z prawej) był tak wycieńczony walką z Filipem Hrgoviciem, że musiał opuścić ring na noszach. Ale już następnego dnia zażądał rewanżu.
Fot. Richard Pelham/Getty Images

Walka zakończyła się w dziewiątej rundzie. Wycieńczony ciągłym atakiem Itauma kompletnie opadł z sił i znalazł się na granicy nokautu. Sędzia przerwał walkę, a trener Brytyjczyka w tym samym momencie rzucił ręcznik. Filip Hrgović został sensacyjnym mistrzem świata wagi ciężkiej federacji IBF. Na gorąco trudno było nie skonstatować, że wygrał nie tyle dzięki własnym ciosom, ile dzięki odporności na nie.

Dopiero później usłyszeliśmy, że jeszcze ważniejsze było coś innego.

– Poświęciłem całe życie boksowi, ale gdy dwa lata temu przegrałem ważną walkę, chciałem z tym skończyć. Byłem pośmiewiskiem. Narodziny córki sprawiły, że dałem sobie jeszcze jedną szansę. Zapragnąłem, by była ze mnie dumna. Nie chciałem, by miała ojca „losera” – mówił Hrgović.

Wyliczył, że podczas 10-tygodniowego obozu treningowego zrobił ponad 30 tys. przysiadów, przebiegł 400 km i stoczył ponad 500 rund sparingowych.

Filip Hrgović, chorwacki pięściarz, nowy mistrz świata wagi ciężkiej federacji IBF
Filip Hrgović, nowy mistrz świata wagi ciężkiej federacji IBF. Gdy wycieńczony fizycznie Moses Itauma opuszczał ring na noszach, nowy mistrz przypomniał swoje słowa, iż w boksie najważniejsza jest twarda szczęka.
Fot. Steven Paston/Getty Images

Gdy w pewnym momencie walki Hrgović przyjął mocny podbródkowy od rywala, w głowach kibiców zaczęło majaczyć inne wielkie bokserskie nazwisko. Już nie Mike Tyson, lecz Witalij Kliczko, który w słynnej walce z Lennoxem Lewisem w 2003 r. przyjął podbródkowy, który teoretycznie powinien oderwać jego głowę od szyi. Ukrainiec, dziś mer Kijowa, błyskawicznie się otrząsnął i walczył dalej.

Oglądając boks, można mieć wątpliwości, czy na pewno jest to sport wart promowania. Z drugiej jednak strony nie ma chyba innej dyscypliny, w której życie odbijałoby się tak wyraźnie.

Boks jest sportem ekstremalnym, ale życie również potrafi być ekstremalne. Filip Hrgović przypomniał, że warto wtedy twardo stać na nogach, bo sytuacja zawsze może nagle się odwrócić.

Warto też zapamiętać reakcję Mosesa Itaumy na porażkę – choć zniesiono go z ringu na noszach, już następnego dnia zażądał rewanżu.

Zdjęcie tygodnia

Lindsey Vonn w Warszawie na Kongresie Impact, a Iga Świątek na ekranie – łącząc się z Nowego Jorku.
– Zamieniłyśmy się krajami – powiedziała Iga Świątek do Lindsey Vonn. Polska tenisistka nagrywała dla Amerykanki wideo z Nowego Jorku, gdzie gra w US Open, Lindsey Vonn natomiast przebywała w Warszawie na Kongresie Impact. Organizatorzy przypomnieli także wspólne zdjęcie dwóch wielkich sportsmenek.
Fot. Impact CEE

Lindsey Vonn odwiedziła Polskę. Nie przyjechała na narty – ani pora, ani warunki na to nie pozwalają, a poza tym czeka ją kolejna operacja kolana po urazie, którego nabawiła się na igrzyskach – lecz poopowiadać o swojej sportowej determinacji. A pod tym względem amerykańska narciarka alpejska, według niektórych, wręcz ociera się o szaleństwo. Trapiona kontuzjami już w 2019 r. zakończyła karierę, by po pięciu latach i serii zabiegów wrócić na stok i znowu wygrywać zawody. W wieku 42 lat pojechała na igrzyska, by sobie i innym pokazać, że z numeru PESEL nic sobie nie robi.

W Warszawie Lindsey Vonn wzięła udział w nowym formacie Impactu. I zrobiła inspirujący oraz momentami wzruszający show . O show zadbali też organizatorzy - z Lindsey z Nowego Jorku połączyła się Iga Świątek, która walczy o drugie w karierze zwycięstwo w US Open. Na następne spotkanie umówiły się w USA, tym samym narciarka zobowiązała naszą tenisową gwiazdę do tego, by zaszła w turnieju daleko.

Polka nie jest jednak faworytką. To miano należy do Aryny Sabalenki, triumfatorki dwóch poprzednich edycji turnieju. Walkę o hat-tricka Białorusinka rozpoczęła ze specyficznym przytupem. Na pierwszy mecz, oczywiście wygrany, założyła efektowną biżuterię wartą ok. 400 tys. dolarów.

Dorzuciła tym samym kolejny argument do dyskusji o tym, czy korty tenisowe będą coraz bardziej przypominać modowe wybiegi. Sabalenka nie jest tu pionierką. Jeszcze więcej dla takiej zmiany robi Naomi Osaka, która wychodzi na mecze w ekstrawaganckich kreacjach. Jej przypadek – jeśli wolno użyć tu takiego określenia – opisaliśmy szczegółowo podczas niedawnego Rolanda Garrosa.

Nasze hity

  • Po ponad dwóch dekadach odnaleziono legendarne Ferrari 550 Maranello, które kiedyś należało do Michaela Jordana. Samochód został przygotowany specjalnie dla legendy Chicago Bulls. Ma nie tylko większe siedzenia, aby pomieścić dwumetrowego koszykarza, ale także liczne spersonalizowane detale, m.in. wygrawerowaną liczbę „23”. Jordan regularnie jeździł tym autem w 1997 r. To właśnie nim odjechał spod hali United Center po zwycięstwie nad Utah Jazz i zdobyciu piątego mistrzostwa NBA. Wyglądał wtedy – jak powiedzieliby Amerykanie – po prostu „badass”. Koszykarz sprzedał samochód w 2002 r. nieznanemu kupcowi i od tamtej pory auto było poszukiwane przez kolekcjonerów z całego świata.

    John Temerian, właściciel salonu Curated, odnalazł je gdzieś w Kalifornii i zamierza wystawić na aukcji. Liczy na kwotę od 700 tys. do 1,3 mln dolarów. Naszym zdaniem samochód może sprzedać się za znacznie więcej, niż przewidują eksperci. W końcu koszulka meczowa Kareema Abdula-Jabbara z czasów gry w UCLA została sprzedana za ponad milion dolarów. Nie wspominając już o sflaczałej piłce, którą Diego Maradona strzelił Anglikom dwa gole, w tym słynną „Rękę Boga”. Za nią zapłacono aż 3,355 mln dolarów. Sprzedaż auta może wskazywać, że Michael Jordan nie jest przesadnie sentymentalny. Na to mamy zresztą więcej dowodów. Trzy lata temu MJ sprzedał większościowe udziały w Charlotte Hornets i przestał być główną twarzą tej drużyny. Co zresztą wyszło Szerszeniom na dobre. Teraz Jordan biznesowo realizuje się w wyścigach samochodowych, a konkretnie w serii NASCAR. I od razu zaczął robić tam sporo szumu.
  • W ciągu trzech ostatnich sezonów klub Al-Hilal Omdurman trzy razy wygrywał ligę. Nie byłoby w tym nic specjalnego – malezyjski Johor Darul Ta'zim nie znajduje pogromcy od 12 lat – gdyby nie fakt, że Al-Hilal zwyciężał w trzech różnych krajach. Poza tym, że Sudańczycy są najlepszym zespołem w swoim kraju, wygrywali także w Mauretanii i Rwandzie. Jak oni się tam znaleźli? W Sudanie trwa krwawy konflikt o władzę. Piłka zeszła na dalszy plan i praktycznie nie ma już pełnych rozgrywek ligowych. Dwa czołowe kluby – poza Al-Hilal także Al-Merreikh – najpierw gościnnie dołączyły do rozgrywek w Mauretanii, a potem w Rwandzie. I zaczęły rozdawać w nich karty. Al-Hilal w obu przypadkach kończył sezon na czele tabeli. Pełnoprawnymi mistrzami nie byli – otrzymali jedynie tytuły honorowe – ale i tak zapisali się w historii. To nie jedyne kluby, które wojna i polityka wygnały z własnych stadionów.

    W Polsce dobrze znamy przypadki ukraińskie – Szachtar Donieck ostatni raz zagrał u siebie 12 lat temu – czy azerbejdżańskie, jak Qarabağ FK, który seryjnie eliminował polskie drużyny z europejskich pucharów. Kto jeszcze i z jakich powodów nie może grać u siebie? Przeczytaj!
  • W Niemczech startują koszykarskie mistrzostwa świata kobiet. Niestety bez udziału Polek, za to z liczną reprezentacją zawodniczek z najlepszej ligi świata – WNBA. Najlepszej, a zarazem najlepiej płatnej. WNBA rośnie jednak konkurencja. Jakiś czas temu pisaliśmy o projekcie Upshot, który ma rzucić biznesowe wyzwanie najbardziej znanym kobiecym rozgrywkom koszykarskim na świecie. Nowa liga też będzie miała swoją przedstawicielkę na MŚ – gwiazdą włoskiej reprezentacji jest Costanza Verona, grająca w Upshot. A jeśli mowa o biznesie, będziemy uważnie przypatrywać się nie tylko koszykarkom, ale także… parkietom. Logotypy sponsorów wymalowane na boiskach potrafią sporo powiedzieć o tym, kto próbuje zarobić na danym turnieju. Gdy rok temu przyglądaliśmy się rozgrywanemu m.in. w Polsce Eurobasketowi, widzieliśmy cały zastęp chińskich firm. Dlaczego akurat ich? Sprawdź!

Bohater tygodnia

Na zdjęciu Daejon Love, 35-letni futbolista San Francisco 49ers, który wkrótce rozpocznie kolejny sezon w NFL na pozycji skrzydłowego. Znany jest nie tylko ze świetnych wyników sportowych i etyki pracy, ale również z rozsądnego podejścia do pieniędzy. Wraz ze swoim doradcą, Taylorem Chanem, miał kilkukrotnie pomnożyć majątek dzięki trafionym inwestycjom.

To wszystko… kłamstwa. A Love, zamiast być bohaterem, jest naszym antybohaterem tygodnia. A może i nawet całej dekady.

Daejon Love, który udawał zawodnika San Francisco 49ers z NFL
Daejon Love jest mistrzem manipulacji, który zastraszał swoje ofiary, a gdy to nie działało, wpędzał je w poczucie wstydu i zrywał kontakt. Regularnie zmieniał miejsce zamieszkania w poszukiwaniu nowych ofiar. Oszustwa były jego jedynym źródłem dochodu. Fot. @2becontinue_4/Daejon Love/Instagram

Daejon Love oraz Taylor Chan zostali właśnie aresztowani przez FBI. Przez ostatnie cztery lata Love pozował na znanego futbolistę, a 18-letni Chan na jego doradcę finansowego. Wszystko po to, by naciągać ofiary na kolosalne kwoty. Na ten moment zidentyfikowano już 26 poszkodowanych osób, które straciły łącznie ponad 1,3 mln dolarów.

Daejon Love publikował w mediach społecznościowych zdjęcia i nagrania, które miały potwierdzać, że rzeczywiście jest znanym futbolistą. Kupił sprzęt treningowy i meczowy San Francisco 49ers, by wszystko wyglądało wiarygodnie. Pokazywał materiały z prywatnych treningów, prezentował swoje — a w rzeczywistości wypożyczone — supersamochody, a kilka tygodni temu na wizji rzekomo podpisywał kontrakt na nowy sezon.

Gdy pojawiał się publicznie w stroju zawodnika, przypadkowe osoby niezwiązane ze sportem chętnie robiły sobie z nim zdjęcia. To tylko dodawało realizmu jego kreacji i pozwalało nabierać w internecie nie tylko ludzi, ale także sztuczną inteligencję. Przez ostatnie dwa lata, po wpisaniu w wyszukiwarkę nazwiska Daejona Love'a, można było znaleźć informację, że rzeczywiście jest zawodnikiem NFL.

Dzięki swojej fałszywej tożsamości Love z łatwością budował relacje z kobietami. Najpierw rozpoczynał z nimi związek, a później pożyczał pieniądze — początkowo niewielkie kwoty, z czasem coraz większe. Twierdził, że przekaże je Chanowi na inwestycje, które mają pomnożyć jego kapitał. Dzięki temu on i jego partnerka mieli zapewnić sobie wspólną, dostatnią przyszłość. Brzmi to absurdalnie, ale Love miał przygotowaną odpowiedź na każde pytanie. Posługiwał się najwyższej jakości atrapami banknotów wykorzystywanymi w Hollywood i korzystał z fałszywej aplikacji bankowej pokazującej kolosalne środki na koncie. A jeżeli chcecie się dowiedzieć, jak zespoły NFL zarabiają prawdziwe pieniądze, to polecamy naszą analizę.

Cała sprawa jest bardzo głośna w USA. Dla FBI to dobra wiadomość, bo śledczy wciąż poszukują kolejnych ofiar oszusta. Niestety, w sieci coraz częściej bagatelizuje się działania Love'a. Pojawiły się strony internetowe sprzedające karty sportowe, przedstawiające go jako prawdziwego futbolistę. Są nawet osoby, które zamówiły koszulki z nazwiskiem Love'a na plecach i zapowiadają, że będą w nich chodzić na mecze 49ers. Żartobliwie mówi się też o nowej pozycji w NFL: wide deceiver (skrzydłowy oszust) zamiast wide receiver (skrzydłowy przyjmujący).

Liczba tygodnia

163

– tyle milionów dolarów wynosi wartość nowego, ośmioletniego kontraktu, który kanadyjski hokeista Cale Makar podpisał z Colorado Avalanche. To pierwszy kontrakt w historii NHL ze średnią roczną wartością przekraczającą 20 mln dolarów.

Nie dziwi, że może sobie na niego pozwolić Stan Kroenke, właściciel Avalanche, ale także wielu innych klubów, m.in. Denver Nuggets z NBA, Arsenalu z Premier League i… od wczoraj również Los Angeles Angels z MLB, których kupił za 4 mld dolarów.

Warto zauważyć, że w porównaniu z NBA czy NFL limit płac w NHL pozostaje stosunkowo niski. W przyszłym sezonie wyniesie„zaledwie” 104 mln dolarów na cały 23-osobowy skład. Hokeiści mają też tendencję do godzenia się na niższe zarobki, by dać klubom większą swobodę w budowaniu mocniejszej drużyny.

Głośno było o kontrakcie podpisanym w zeszłym roku przez Connora McDavida. Dwuletnia umowa opiewa na stosunkowo skromne 25 mln dolarów. Najlepszy hokeista świata uznał jednak, że walka o mistrzostwo jest ważniejsza od maksymalizacji zarobków. W NHL mecze trwają 60 minut, ale najlepsi zawodnicy spędzają na lodzie mniej niż połowę tego czasu. Dlatego wyjątkowo istotną rolę odgrywają głębia składu i jakość zawodników z dalszych formacji.

Czy wiesz, że…

Jamie Vardy, mistrz Premier League z Leicester City, zamiast podpisywać kontrakt z nowym klubem, zawarł umowę z… Bundesligą. Kontrakt gwarantuje mu prawa do transmisji siedmiu piątkowych meczów niemieckiej ligi na terenie Wielkiej Brytanii i Irlandii w sezonie 2026/27.

Pierwsze spotkanie – pomiędzy Bayernem Monachium a VfB Stuttgart – pokazano w zeszłym tygodniu na kanale „Jamie Vardy's Having a Party” na YouTube. Równolegle mecz był dostępny na BBC za pośrednictwem usługi Red Button.

Jak można się domyślić, Jamie Vardy postawił na dość nietypową formę transmisji. Studio przypomina prowizoryczny podcast – trzy krzesła, mikrofony na statywach i stół pośrodku. Oprócz Vardy'ego występują w nim Christian Fuchs, były piłkarz Leicester City, w roli eksperta, oraz dziennikarz Manish Bhasin jako prowadzący.

Bundesliga już w ubiegłym roku rozpoczęła próby dotarcia do nowej widowni za pomocą nietypowych transmisji. Podobną umowę podpisał wtedy kanał The Overlap, współtworzony przez Gary'ego Neville'a, byłego piłkarza i eksperta Sky Sports. Kilka dni temu kontrakt z Bundesligą zawarł także 60-letni Romário, który będzie transmitował mecze na swoim kanale na YouTube z myślą o brazylijskich kibicach.

Nietypowa strategia przynosi Bundeslidze efekty, bo liga zarabia dziś więcej niż kiedykolwiek wcześniej. O finansach niemieckich rozgrywek szczegółowo pisał nasz ekspert Jakub Szlendak.

Posłuchaj podcastu

Wygrywał już Tour de France – i to pięć razy – zwyciężył też w Giro d'Italia. Trzeci z największych kolarskich wyścigów, Vuelta a España, miał być wygrany w tym roku. Przez pierwszy tydzień tegorocznej rywalizacji wydawało się, że Tadej Pogačar wreszcie dopnie swego i dołączy do elitarnego grona ośmiu kolarzy, którzy triumfowali we wszystkich trzech Grand Tourach. Jednak na ósmym etapie Słoweniec uczestniczył w kraksie, która skończyła się dla niego wstrząśnieniem mózgu i złamaniem obojczyka. To oczywiście oznaczało konieczność wycofania się z wyścigu. 28-latek ma już za sobą operację barku.

Brak wygranej w Vuelcie nie zmieni finansowego statusu Pogačara, który pozostaje najlepiej opłacanym kolarzem w światowym peletonie. Jego zespół, UAE Team Emirates XRG, płaci mu ok. 8 mln euro rocznie. Czy to oznacza, że na rowerze można szybko wjechać do świata milionerów?

W podcaście „Sport to pieniądz” opowiedział o tym Adam Probosz, komentator kolarstwa w Eurosporcie.. Pogačar nie jest jedynym milionerem w stawce, ale takich zawodników jest niewielu. Zdecydowana większość kolarzy na takie gaże liczyć nie może. A kto nie ściga się w World Tourze, już na pewno może zapomnieć o 7- czy choćby 6-cyfrowej pensji. Posłuchaj!

To wydanie newslettera Pierwszy Skład. Chcesz otrzymywać kolejne prosto na swoją skrzynkę? Zarządzaj zapisem na newslettery XYZ tutaj.