Spółki masowo uciekają z giełdy w Londynie. A debiutów jak na lekarstwo
Z każdym rokiem prestiż giełdy w Londynie słabnie. W ciągu dekady uciekło z niej aż 800 spółek. Tym samym jedna trzecia rynku wyparowała, bo debiutów prawie nie było. Trend bezlitośnie nabiera rozpędu.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego spółki opuszczają londyńską giełdę i wybierają przede wszystkim Nowy Jork.
- Co sprawiło, że LSE w ciągu dekady straciła jedną trzecią notowanych firm.
- Dlaczego brytyjscy inwestorzy i fundusze coraz częściej lokują kapitał poza Wielką Brytanią.
Największym PR-owym sukcesem ostatnich miesięcy dla giełdy w Londynie (LSE) była zmiana premiera w Wielkiej Brytanii. Rezygnacja Keira Starmera i zaprzysiężenie Andy'ego Burnhama odciągnęły uwagę od kolejnych wstydliwych informacji związanych z londyńskim rynkiem akcji. Chociaż na chwilę Brytyjczycy mogli zapomnieć, w jak opłakanej kondycji jest ich niegdyś imponujący parkiet.
Kolejne spółki opuszczają londyńską giełdę
Dokonajmy przeglądu wydarzeń z ostatnich tygodni na brytyjskim rynku akcji.
Flutter Entertainment, właściciel wielu zakładów bukmacherskich, takich jak FanDuel i Paddy Power, ogłosił, że w sierpniu wycofa się z giełdy w Londynie. Spółka wyceniana na około 14 mld funtów jest notowana też na giełdzie w Nowym Jorku (NYSE). To będzie teraz jej rynek docelowy.
Ferguson Enterprises, producent materiałów hydraulicznych, ogłosił dokładnie taki sam plan. Zamierza zrezygnować z notowań w Londynie i być obecny wyłącznie na giełdzie w Nowym Jorku. Spółka wyceniana jest na 34 mld funtów.
To symboliczne przypadki, ponieważ dotyczą nie tylko delistingu, ale także przenosin na rynek amerykański. To właśnie giełda w Nowym Jorku jest głównym beneficjentem słabości londyńskiego rynku.
Zazwyczaj staje się ona domem nie tylko dla amerykańskich spółek jak w przytoczonych dwóch przypadkach, ale także dla typowo brytyjskich podmiotów. To właśnie takie ucieczki bolą Brytyjczyków najbardziej.
LSE straciła 800 spółek. Skala odpływu jest rekordowa
W latach 2015-2025 z brytyjskiej giełdy (rynku głównego i mniejszego AIM) zniknęło 800 spółek, wynika z danych portalu Statista. Giełda skurczyła się do zaledwie 1560 podmiotów, wobec prawie 2400 dekadę wcześniej. Dla porównania, w 2007 r. na LSE notowanych było 3250 spółek.
Widać, że skala zjawiska się zwiększa. Moment krytyczny przyszedł dwa lata temu. Jak podaje EY, w 2024 r. tylko główny rynek akcji w Londynie opuściło 88 spółek, a zadebiutowało jedynie 18. W ujęciu netto kluczowy londyński parkiet skurczył się więc o 60 podmiotów. To był najgorszy wynik od globalnego kryzysu finansowego w 2008 r. Dodatkowo wartość nielicznych debiutów również była rozczarowująca. Wyniosła 1 mld funtów, co dało dopiero 20 miejsce na świecie.
Pod względem kapitalizacji LSE spadła właśnie na ósme miejsce na świecie. Wartość rynku zeszła poniżej 4 bln dolarów, co zbiegło się w czasie z dynamicznymi wzrostami na rynku koreańskim.
Tym samym koreańska KRX jest obecnie siódmą giełdą świata. W pierwszym półroczu przyciągnęła 17 nowych spółek. To wynik słabszy niż rok wcześniej, ale i tak lepszy od tego w Londynie.
W stolicy Anglii odbyło się w tym czasie zaledwie siedem debiutów, z czego tylko trzy na rynku głównym. Paradoksalnie jest to powód do zadowolenia, ponieważ łączna wartość tych ofert była dwukrotnie wyższa rok do roku.
Nowy Jork przejmuje największe firmy z Londynu
Porównywanie się do giełdy w Korei, z całym szacunkiem dla niej, jest symbolem tego, jak zmieniły się nastroje wokół londyńskiego rynku. Kiedyś LSE była giełdą, która przyciągała biznes z całego świata, podobnie jak dziś amerykańska NYSE. Obecnie jednak nie tylko traci zagraniczne spółki, ale także krajowych czempionów.
AstraZeneca, brytyjski gigant farmaceutyczny wyceniany na 170 mld dolarów, jest największą spółką londyńskiego rynku akcji, która jednocześnie coraz śmielej flirtuje z Amerykanami. Od tego roku spółka jest notowana nie tylko w Londynie, ale także w Nowym Jorku. Tłumaczyła, że chce przyciągnąć inwestorów z rynku, na którym prowadzi dużą część działalności. Wskazała jednak również, że skusiły ją duża płynność i prestiż amerykańskiej giełdy.
AstraZeneca, Wise i ARM pokazały nowy kierunek
To uruchomiło lawinę kolejnych odejść. Wyceniany na 4 mld euro Just Eat, notowany w Amsterdamie właściciel marki Pyszne.pl, wycofał się z londyńskiej giełdy, by ograniczyć koszty. Podobnie biuro podróży TUI uciekło z Londynu i przeniosło notowania do Niemiec. Ashtead, notowana na Wyspach od 1986 r. wypożyczalnia sprzętu budowlanego, z wyceną na poziomie 21 mld funtów przeniosła się za ocean. Woodside Energy, Marsh & McLennan i Infosys po prostu stały się prywatnymi spółkami, bo wady obecności na LSE zaczęły przeważać nad zaletami.
Takich historii jest więcej. Argumentację przedstawioną przez AstraZenecę przyjął nawet Wise, wyceniany na 11 mld funtów typowo brytyjski fintech. Spółka rozpoczęła notowania na giełdzie w Nowym Jorku i z niej uczyniła swój rynek docelowy. W tym samym sektorze dużym rozczarowaniem była decyzja Revoluta, który główną siedzibę ma w Anglii, ale wybrał amerykańską giełdę na swoje IPO.
Wśród największych rozczarowań trudno nie wspomnieć o spółce ARM. Brytyjski producent czipów, wyceniany wówczas na prawie 150 mld dolarów, zadebiutował na NYSE mimo gigantycznej kampanii brytyjskiego rządu mającej przekonać go do listingu na LSE. Spółka była notowana w Londynie przez prawie dwie dekady, do 2016 r., gdy przejął ją SoftBank.
Dlaczego wyceny w USA są wyższe niż w Londynie?
Często wskazywanym powodem spadku prestiżu giełdy w Londynie jest rozwój rynku w Nowym Jorku. Mówi się, że kiedyś LSE była ważnym graczem międzynarodowym, a dziś jest przede wszystkim rynkiem lokalnym. Faktycznie głównymi powodami delistingów i przenosin spółek oficjalnie jest chęć notowania na własnym rynku lub skorzystania z dużego kapitału dostępnego w USA.
Dla większości spółek kluczowa jest wycena. Zwykle firmy wierzą, że osiągną wyższą wartość na swoim lokalnym rynku, gdzie inwestorzy znają ich produkty lub ewentualnie w USA, gdzie dostępny jest ogromny kapitał. Patrząc na wymienione wcześniej spółki, które opuściły Londyn, teoria ta znajduje potwierdzenie. Szczególnie jej część dotycząca rynku amerykańskiego.
Za spółki technologiczne i wzrostowe inwestorzy w USA są skłonni zapłacić krocie. Płynność amerykańskiego rynku jest ogromna, więc firmom łatwiej pozyskać kapitał. Dzięki wyższej wycenie mogą bardziej się zadłużać, przeprowadzać większe przejęcia i w efekcie zwiększać swój kurs giełdowy, a wraz z nim kapitalizację. Powstaje w ten sposób zamknięte koło. Łatwiej spółkom się rozwijać i rosnąć.
Brytyjscy inwestorzy także odwracają się od LSE
Duża atrakcyjność rynku w USA, większa niż kiedykolwiek, to tylko jedna część tej układanki. Nie tylko Stany Zjednoczone zyskały, ale także Wielka Brytania straciła, jeżeli chodzi o płynność rynku, a więc również tempo wzrostu wycen. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co miało większe znaczenie: rozwój NYSE czy osłabienie LSE.
W Wielkiej Brytanii od lat obowiązuje podatek w wysokości 0,5 proc. od wszystkich transakcji finansowych, w tym zakupu akcji i obligacji. Jest on przestarzały, szczególnie w dobie aplikacji do handlu akcjami, które zachęcają inwestorów do regularnych transakcji. Przynosi skarbowi państwa około 4 mld funtów rocznie, ale jednocześnie zniechęca inwestorów, a tym samym także spółki.
Tylko 8 proc. Brytyjczyków inwestuje swoje oszczędności na giełdzie, wynika z danych IG Markets. Około 600 mld funtów przechowują w gotówce. Jak podaje firma AJ Bell, aż 900 mld funtów Brytyjczycy mają na bezpodatkowych kontach oszczędnościowych ISA, jednak tylko połowa tych pieniędzy procentuje na rynku akcji, a nie na depozytach. W ciągu ostatnich pięciu lat Brytyjczycy wycofali z rynku akcji aż 25 mld funtów netto, więc podobnie jak spółki, ograniczają swoją obecność na parkiecie.
W 2000 r., czyli u szczytu świetności LSE, brytyjskie fundusze emerytalne inwestowały aż 69 proc. swojego kapitału na lokalnym rynku akcji. Dziś przeznaczają na krajowe akcje już tylko 6 proc., czyli zaledwie 36 z 600 mld funtów, którymi zarządzają. Najwięcej, bo 44 proc. środków, inwestują w USA.
Czy ten kryzys da się powstrzymać?
Wygląda na to, że tak dużych zmian nie odwrócą wyłącznie nowe regulacje dla inwestorów lub zachęty dla spółek. Potrzebna może być kompleksowa reforma, która przekona duże firmy, zarówno przed debiutem, jak i po nim, że w Londynie można uzyskać wycenę, płynność i zainteresowanie inwestorów porównywalne z Nowym Jorkiem.
Nowy premier nie podjął jeszcze tematu rynku akcji, natomiast zapowiedział gospodarcze reformy, w tym 10-letni plan reindustrializacji Wielkiej Brytanii.
Patrząc na to, jak duże spółki opuszczają LSE, w tym liderzy sektora farmaceutycznego, technologicznego i finansowego, jest szansa, że giełda znajdzie się w centrum zainteresowania nowego rządu. Z perspektywy gospodarczej są to kluczowe branże dla Wielkiej Brytanii, które generują miejsca pracy i przyciągają międzynarodowe inwestycje.
Być może, zanim dojdzie do konkretnych zmian, zostanie przynajmniej zasygnalizowana chęć walki o przyszłość LSE, aby przestała być celem ataków ze strony globalnych funduszy.
Lista pozycji funduszy hedgingowych nastawionych na spadek notowań brytyjskich spółek wystrzeliła w pierwszym półroczu 2026 r. i rośnie od lat. Liczba firm, u których ponad 5 proc. akcji jest przedmiotem tzw. krótkiej sprzedaży, zbliża się do 30.
Jednocześnie brytyjskie spółki są częstym celem tzw. inwestorów aktywistów, którzy publikują dokumenty oskarżające dane firmy o nieprawidłowości, a jednocześnie grają na spadek ich akcji. W 2024 r. aż 59 spółek na Wyspach było przedmiotem takich działań, czyli więcej niż jedna tygodniowo.
Główne wnioski
- Londyńska giełda przechodzi długotrwały proces osłabienia, którego skala wykracza poza zwykły spadek liczby debiutów. W ciągu dekady z rynku zniknęło około 800 spółek, a liczba nowych notowań nie rekompensuje odpływu. Efektem jest wyraźne zmniejszenie znaczenia LSE w światowym systemie finansowym i spadek jej pozycji w rankingach największych giełd pod względem kapitalizacji.
- Największym beneficjentem problemów Londynu pozostaje amerykański rynek kapitałowy. Spółki wskazują przede wszystkim na wyższe wyceny, większą płynność oraz łatwiejszy dostęp do kapitału w Stanach Zjednoczonych. Zjawisko obejmuje zarówno firmy zagraniczne, jak i największych brytyjskich emitentów, co dodatkowo osłabia atrakcyjność londyńskiego parkietu dla kolejnych przedsiębiorstw rozważających miejsce notowań.
- Problemy LSE wynikają nie tylko z rosnącej siły Nowego Jorku, lecz także ze słabnącego krajowego rynku kapitałowego. Brytyjscy inwestorzy indywidualni i fundusze emerytalne stopniowo ograniczają zaangażowanie w rodzime akcje, kierując coraz większą część kapitału za granicę, głównie do USA. Oznacza to mniejszą płynność, niższe wyceny i trudniejsze warunki pozyskiwania finansowania przez spółki, co napędza kolejne decyzje o opuszczeniu londyńskiej giełdy.







