Czy staniemy się bezrefleksyjną biomasą? Ekspert o długu poznawczym i kosztach AI (WYWIAD)
Ceną za wygodę, którą daje nam poleganie na AI, może być utrata podmiotowości. Dr Mateusz Łabuz, politolog i badacz wpływu nowych technologii na człowieka, mówi o kulisach rewolucji AI, mitach o przeregulowaniu rynku oraz o tym, dlaczego wciąż żyjemy w „erze ludzi”.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Co powinna zrobić Europa, żeby odzyskać technologiczną suwerenność.
- Do czego może doprowadzić bezrefleksyjne korzystanie z narzędzi opartych na AI.
- Jak używać aplikacji AI w higieniczny i bezpieczny sposób.
Pod koniec 2022 r. firma OpenAI udostępniła pierwszą wersję ChatGPT, asystenta AI, czyli czatbota generującego odpowiedzi na pytania zadawane przez człowieka. To wydarzenie symbolicznie zapoczątkowało rewolucję AI, która zmienia gospodarkę, politykę i życie społeczne.
Czy w pogoni za technologicznym postępem nie oddajemy walkowerem tego, co czyni nas ludźmi? Uzależniliśmy się od gigantów z Doliny Krzemowej, a badacze wprost ostrzegają przed „długiem poznawczym”. To proces, w którym bezrefleksyjnie delegujemy myślenie algorytmom. Dr Mateusz Łabuz wyjaśnia, dlaczego Europa ulega cyfrowej kolonizacji, jak deepfake'i niszczą ludzką podmiotowość i czy polskie projekty, takie jak Bielik czy PLLuM, mogą uratować naszą suwerenność technologiczną.
Rewolucja AI? To jeszcze jest era człowieka
Łukasz Ostruszka, XYZ: W swojej najnowszej książce „Przed waszą erą” pisze pan o nowym kolonializmie związanym z rozwojem sztucznej inteligencji. Gdzie widzi pan pozycję Polski w tym globalnym rozdaniu? Gdzie będziemy za 10–15 lat? W grupie państw rozwijających się przy użyciu AI czy raczej wśród krajów skolonizowanych?
Dr Mateusz Łabuz: Myślę, że gdy spojrzymy na to z perspektywy narodowej, to o niewielu państwach możemy powiedzieć, że są kolonizatorami, a nie kolonizowanymi. W moim przekonaniu należymy do tej drugiej grupy. To światowy trend, ponieważ zaniedbaliśmy własny rozwój i daliśmy sobie wejść na głowę – przede wszystkim dużym firmom technologicznym, które właściwie dowolnie korzystają z naszych danych, czasu i uwagi. Kolonizują nas również pod względem infrastrukturalnym. Możemy mieć zastrzeżenia natury moralnej czy etycznej do big techów i sposobu, w jaki podporządkowują sobie świat, ale dla nich to po prostu biznes, a nie wartości ani troska o dobrobyt społeczny. Trudno się zatem dziwić, że wykorzystują każdą przestrzeń, którą mogą zagospodarować. Problem w tym, że my za słabo reagujemy, a czasem w ogóle nie reagujemy.
Czy mamy jakąś zbroję w tej walce?
Mamy konkretne rozwiązania na poziomie Unii Europejskiej, takie jak akt o usługach cyfrowych (DSA), akt o rynkach cyfrowych (DMA), a obecnie także akt w sprawie sztucznej inteligencji (AI Act). Niemniej nie są wykorzystywane w sposób, który skutecznie zabezpieczałby nasze interesy. Czasem na poziomie unijnym zwyczajnie brakuje nam odwagi do konfrontacji. Potrzebne są też inwestycje generujące innowacje. Tutaj jesteśmy mocno w tyle. Jeśli jednak spojrzymy na Polskę, dostrzeżemy pierwsze obiecujące inicjatywy, które dają nadzieję, że można wdrażać własne rozwiązania. Często są tworzone oddolnie, bez dużego kapitału, jak choćby projekty Bielik czy PLLuM. Pokazały, że kraj średniej wielkości jest w stanie stworzyć własny, funkcjonalny model językowy. Model PLLuM ma być integrowany z różnymi systemami administracji publicznej, co dowodzi, że realizacja takich przedsięwzięć jest możliwa. Musimy się tym chwalić, bo zdecydowanie zbyt mało mówimy o takich udanych inicjatywach.
Co potrafi polska AI?
Osobną kwestią pozostaje jakość tych wdrożeń. Czy może się ona równać temu, co oferują globalni giganci technologiczni?
O takim poziomie na razie możemy zapomnieć. Ale czasem potrzebujemy rozwiązań dostosowanych do lokalnych zastosowań. Wystarczająco dobrych. Bielik i PLLuM będą w stanie przynajmniej częściowo sprostać tym potrzebom.
Warto wiedzieć
Dr Mateusz Łabuz
Autor książki „Przed waszą erą. Człowiek w syntetycznym świecie deepfake'ów, ChataGPT i sztucznej inteligencji”. Naukowiec w Instytucie Badań nad Pokojem i Polityką Bezpieczeństwa przy Uniwersytecie w Hamburgu (IFSH), jest ekspertem Fundacji Obserwatorium Demokracji Cyfrowej i Fundacji Pułaskiego.
W marcu 2026 r. został członkiem Zespołu do spraw bezpieczeństwa dzieci i młodzieży w świecie cyfrowym przy Ministerstwie Sprawiedliwości zajmującego się opracowywaniem zmian w polskim prawie karnym.
Zapewnią zatem suwerenność technologiczną na podstawowym poziomie, o której mówi się obecnie nieustannie.
Wcześniej Francuzi posługiwali się pojęciem „autonomii strategicznej”, która miała być realizowana w wielu różnych wymiarach. To sformułowanie nie do końca przyjęło się w sensie semantycznym, ponieważ „autonomia” brzmiała tak, jakbyśmy zamierzali całkowicie zerwać relacje z naszymi partnerami amerykańskimi. Później zaczęliśmy mówić o „suwerenności”, ale ona również jest odmiennie rozumiana w zależności od kraju. Mamy natomiast świadomość, że powinniśmy dążyć do większej niezależności. Uzależniliśmy się głównie od firm amerykańskich, ale częściowo także od chińskich. Ta zależność pod pewnymi względami przypomina sytuację na rynku surowcowym. Brakuje nam alternatyw, z tą różnicą, że na rynku surowców ich brak często wynika z barier fizycznych i geograficznych. W przypadku technologii alternatywne rozwiązania można stworzyć. Moim zdaniem mamy tutaj znacznie większą szansę, by uwolnić się od tej zależności. Trzeba jednak tworzyć szanse, wspierać takie działania i inwestować.
AI mknie przez świat
To brzmi optymistycznie, ale czy nie jest już za późno na przepracowanie wpływu sztucznej inteligencji? Rewolucja przemysłowa również gwałtownie zmieniła świat, ale tamten proces przebiegał znacznie wolniej. Rewolucja AI postępuje błyskawicznie. Nic dziwnego, że czujemy się zagubieni. Trudno w pełni zrozumieć ten proces.
Inwestycje i koncentracja na technologii to jedno. W tej gonitwie za rozwojem nie powinniśmy zapominać o człowieku. Atutem Unii Europejskiej i poszczególnych krajów członkowskich jest katalog wartości. Tutaj biznes dla biznesu nigdy nie był wartością per se. To człowiek musi stać w centrum uwagi, a dynamiczny rozwój gospodarczo-technologiczny powinien być podporządkowany kwestiom społecznym. Tak, czujemy się zagubieni, ale nie jest za późno. Najłatwiej jest przyjąć narrację, że nie da się już nic zrobić, bo stanowi ona wygodną wymówkę, by ostatecznie nie podejmować żadnych działań. Moglibyśmy założyć, że zostaliśmy trwale skolonizowani cyfrowo i teraz musimy już egzystować na zasadach, które narzucają nam big techy. Czy to jednak nie byłaby kapitulacja? I to bez walki.
Oczywiście, w niektórych obszarach mamy ogromne zaległości. Całkowite odcięcie się także byłoby niewskazane – zwyczajnie by nam nie służyło. Tyle że czujemy, że gospodarczo, politycznie i społecznie coś się nie spina. O wielu problemach dyskutujemy od lat. Przebadaliśmy już oddziaływanie mediów społecznościowych na rozwój młodego pokolenia. Zaczynamy wdrażać rozwiązania regulacyjne dotyczące big techów, choć sceptycy również w tym przypadku twierdzili, że jest już za późno. Ta debata musi się przełożyć na konkretne działania. Na poziomie społecznym kluczowy jest system edukacji, w którym absolutną koniecznością jest wszechstronna edukacja cyfrowa.
Zaczynamy się także zastanawiać, jak uregulować zjawisko deepfake'ów.
Pierwsze materiały typu deepfake pojawiły się w 2017 r. Od tego czasu minęło dziewięć lat. W większości krajów Unii Europejskiej wciąż nie mamy precyzyjnych przepisów prawnych, które bezpośrednio penalizowałyby lub regulowałyby to zjawisko. A w pierwszej kolejności trzeba się solidnie zabrać za niekonsensualne treści o charakterze intymnym.
Wpływ AI na człowieka. Komu zależy na ochronie?
Jak to możliwe?
Bardzo często powtarza się argument, że nowoczesne technologie rozwijają się zbyt szybko i trudno za nimi nadążyć z legislacją. To niezwykle wygodna wymówka dla decydentów politycznych, by unikać odpowiedzialności i działania. W efekcie doszliśmy do punktu, w którym tysiące kobiet padają ofiarą syntetycznej pornografii. Brakuje odpowiednich regulacji, które mogłyby je skutecznie chronić. W Polsce robimy postępy, wkrótce pojawi się projekt nowelizacji Kodeksu karnego.
Jaki kierunek powinniśmy obrać? Przedstawiciele korporacji technologicznych przekonują, że Unia Europejska nie powinna krępować sztucznej inteligencji regulacjami, bo w przeciwnym razie zostaniemy w tyle za Stanami Zjednoczonymi i Chinami.
Trudno oczekiwać od nich innej retoryki.
Mit przeregulowania rynku AI
Narzekają, że Polska i cała Europa są przeregulowane i postulują, aby w kwestii rozwoju AI nie wciskać hamulca.
Przekonanie o rzekomym przeregulowaniu Europy to mit, nawet jeśli w niektórych obszarach Unia Europejska niedomaga. Gdy przyjrzymy się choćby regulacjom dotyczącym deepfake'ów, to w Unii Europejskiej mamy obecnie 27 państw, które wprowadzają własne przepisy, ale dysponujemy jednym holistycznym aktem w sprawie sztucznej inteligencji (AI Act), stanowiącym wspólny punkt odniesienia. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych poszczególne stany wdrażają własne, autonomiczne i często rozbieżne regulacje. Życzę powodzenia wszystkim firmom, które chcą zapewnić pełną zgodność z prawem (compliance) na terytorium całego kraju i prowadzić tam jednolitą działalność. Z kolei Chiny poszły w kwestii kontroli sztucznej inteligencji jeszcze dalej. Tam oczywiście priorytetem jest ochrona ładu społecznego, pojmowanego w sposób autorytarny, a wszystko podporządkowano interesom państwa. Niemniej jednak aspekt ochrony obywatela przed negatywnymi skutkami technologii również odgrywa tam istotną rolę. Chińskie regulacje dotyczące mediów syntetycznych są znacznie rygorystyczniejsze i bardziej daleko idące niż rozwiązania amerykańskie czy europejskie.
Czyli wcale nie jest tak rygorystycznie?
Nie jest, a my musimy mądrze korzystać z kapitału, który mamy, i łatać prawdziwe dziury, a nie te wydumane. Do tej pory często szczyciliśmy się tzw. efektem Brukseli, polegającym na tym, że Europa mogła eksportować swoje standardy regulacyjne na cały świat i w ten sposób kształtować globalne zasady, a nawet fundamentalne wartości. Dziś mechanizm ten jest oportunistycznie wykorzystywany przez przedstawicieli big techów, którzy tworzą coś na kształt „odwróconego efektu Brukseli”. Podsycają nastroje antyunijne, przekonując, że UE jest jedynie ociężałym, przeregulowanym kolosem, którego jedyną aktywnością jest mnożenie przepisów. My natomiast musimy dziś zadać sobie fundamentalne pytanie: czy naprawdę model ultralibertariański, w którym jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę gigantów technologicznych, to rzeczywistość, w której chcielibyśmy żyć?
Sztuczna inteligencja zrobi za nas wszystko
Czy za dekadę może się okazać, że rację mieli zwolennicy regulowania sztucznej inteligencji, a Europa nadal będzie wymarzonym miejscem do życia właśnie dlatego, że zdołała ją okiełznać?
Nie znamy jeszcze wszystkich konsekwencji tego procesu. Nie wiemy, jaki będzie nasz bilans netto. Może się okazać, że na rewolucji związanej z generatywną sztuczną inteligencją stracimy więcej niż zyskamy. Tak, to mocna teza, ale w tym bilansie musimy wziąć pod uwagę nie tylko wymiar ekonomiczny, lecz także ogół czynników. Również tych społecznych, związanych z budowaniem relacji międzyludzkich oraz z naszymi kompetencjami poznawczymi. Przy czym zastrzegam, że jesteśmy na początku i mimo że pojawia się coraz więcej badań empirycznych, wciąż wiemy niewiele.
Na pewno niebezpieczne jest delegowanie na sztuczną inteligencję zadań wymagających od nas myślenia. Czy staniemy się bezrefleksyjną biomasą, niezdolną do odpowiedzi na proste pytania bez konsultacji z AI? Jak się przed tym obronić, by korzystać z tych narzędzi, ale nie stać się ich niewolnikami?
Realnym zagrożeniem w wymiarze kognitywnym jest to, że zaczniemy się cofać w rozwoju z powodu delegowania zadań i procesów decyzyjnych na sztuczną inteligencję. Badacze posługują się w tym kontekście bardzo trafnym określeniem „długu poznawczego”. Przeprowadzony na MIT eksperyment, choć na małej próbie, pokazuje, że osoby nadmiernie korzystające ze sztucznej inteligencji wykazują znacznie słabszy związek z treściami wygenerowanymi przez siebie. Mają duże trudności z ich późniejszym odtworzeniem. To nie zaskakuje. Czy wskazuje to, że w dłuższej perspektywie pewne umiejętności zaczną po prostu zanikać? Być może. Pytanie brzmi, do jakiego stopnia będziemy cedować kolejne procesy myślowe na sztuczną inteligencję.
Dotykamy tu również kwestii naszej podmiotowości oraz tego, kto ostatecznie podejmuje decyzje. Czy wciąż będą one nasze, czy też będą to wybory, które co prawda zatwierdzamy na samym końcu, ale do których zostaliśmy w pełni poprowadzeni przez system? System przecież nie jest neutralny. To absolutny mit – może być sterowany i dostosowywany do promowania określonych wartości czy konkretnej wizji rzeczywistości. Mamy już na to dowody naukowe.
Jak dobrze korzystać z AI?
Jak zatem korzystać z tych narzędzi, aby było to higieniczne i bezpieczne?
Zadał pan kluczowe pytanie. Myślę, że każdy z nas musi wypracować własną, zdrową równowagę. Niezależnie od tego, czy mówimy o laureatce Nagrody Nobla, czy o przeciętnym człowieku, musimy nauczyć się korzystać ze sztucznej inteligencji w sposób odpowiedzialny. Nie wolno nam zapominać, że jest to wyłącznie narzędzie mające nas wspierać, a przestrzeń na samodzielne myślenie i podejmowanie ostatecznych decyzji musi pozostać domeną człowieka. Wiele mówi się o konieczności kształtowania umiejętności weryfikacji danych, fact-checkingu oraz sprawnego łączenia faktów. To niezwykle istotne, podobnie jak kompetencje komunikacyjne i społeczne. W dobie sztucznej inteligencji będą jeszcze cenniejsze. Przyznam jednak, że nie jestem wielkim optymistą. Zważywszy na naszą naturalną skłonność do wyręczania się gotowymi rozwiązaniami, delegowania zadań i unikania wysiłku, proces ten będzie wymagał ogromnego zaangażowania społecznego. Od decydentów politycznych będzie to z kolei wymagało stworzenia odpowiednich ram prawnych, które pozwolą nam tę podmiotowość obronić.
Zatytułowałem swoją książkę „Przed waszą erą” nie bez powodu. Chciałem przez to przekazać, że wciąż żyjemy w epoce, która należy do nas – to era ludzi. To my wciąż podejmujemy decyzje. Na poziomie indywidualnym każdy z nas może autonomicznie zdecydować, czy zamierza outsourcować proces myślenia na rzecz algorytmów i podporządkowywać się ich logice. Na poziomie bardziej złożonym – społecznym czy państwowym – również mamy moc decydowania o kierunku, w którym podążymy. I to jest moment na taką dyskusję.
Budujemy dobrze znaną wieżę
W kontekście rozwoju sztucznej inteligencji często przywołuje się biblijną metaforę wieży Babel. Czy rzeczywiście nadszedł moment, w którym wznosimy – bądź już wznieśliśmy – jej współczesny odpowiednik? Jakie mogą być tego konsekwencje?
Do tej samej metafory odwołał się papież Leon XIV w swojej encyklice „Magnifica humanitas”, poświęconej sztucznej inteligencji i miejscu człowieka w obliczu nowej rewolucji technologicznej. Wieżę Babel możemy rozpatrywać symbolicznie na co najmniej kilku płaszczyznach. Pierwszą z nich jest sama komunikacja ze sztuczną inteligencją. Do niedawna była zarezerwowana dla osób posiadających specjalistyczne umiejętności programistyczne; dziś jest otwarta dla każdego. Mamy więc do czynienia z demokratyzacją dostępu do technologii i porozumiewania się z nią. Drugi wymiar polega na tym, że klasyczne bariery językowe faktycznie zanikają, ponieważ potrafimy komunikować się znacznie szybciej, na duże odległości i posługiwać się różnymi językami niemal na żądanie.
Staram się też spojrzeć na tę metaforę przez pryzmat społeczny. Człowiek staje się coraz mniejszy, przytłoczony tempem rozwoju, technologią oraz wszechobecną masowością. Patrząc na współczesną wieżę Babel, najbardziej się tego obawiam. W ujęciu symbolicznym wieża Babel była przecież wyrazem pychy – ludzkość pragnęła sięgnąć nieba i dorównać Bogu, za co została ukarana. Należy zatem zadać pytanie, czy współczesna wieża Babel nie wyrasta z podobnej pychy. Z przekonania, że możemy rozwijać się w nieskończoność i że każdy postęp jest z definicji korzystny. Paradoksalnie ten rozwój może prowadzić do regresu relacji międzyludzkich i tego, co przez wieki definiowało nas jako ludzi.
I do pogłębiania podziałów między bogatymi a ubogimi.
Może się okazać, że wieża Babel, która w założeniu miała zbliżać ludzi – biblijna ludność mówiła przecież jednym językiem i dlatego realizowała tak wielki projekt – runie właśnie z powodu braku autentycznego dialogu. Może i będziemy w stanie automatycznie tłumaczyć obce słowa. Ale jeżeli drugi człowiek pozostanie nam obcy, niekoniecznie będziemy w stanie go zrozumieć. Zamiast wyobrażonej jedności i obiecywanej nam „globalnej wioski” mamy niezwykle dynamiczną polaryzację. Doskonale widać to już dziś na przykładzie rozwoju mediów społecznościowych, a coraz silniej także w debacie o sztucznej inteligencji. W obliczu niepohamowanej żądzy zysku te luki będą się jedynie pogłębiać.
Główne wnioski
- Polska i Europa uległy cyfrowej kolonizacji, ale wciąż możliwe jest budowanie własnej suwerenności. Oddaliśmy kontrolę nad danymi i infrastrukturą globalnym korporacjom, czyli big techom. Mimo to oddolne polskie projekty AI, takie jak Bielik i PLLuM, udowadniają, że kraje średniej wielkości są w stanie tworzyć funkcjonalne i dopasowane do swoich potrzeb alternatywy, które pozwalają walczyć o niezależność.
- Nadmierne wyręczanie się AI grozi „długiem poznawczym” i regresem człowieka. Bezrefleksyjne delegowanie procesów myślowych i decyzyjnych na algorytmy realnie osłabia nasze kompetencje poznawcze. Systemy AI nie są neutralne, a bezkrytyczne przyjmowanie ich rozwiązań może doprowadzić do utraty ludzkiej podmiotowości i zaniku umiejętności samodzielnego myślenia.
- Narracja o „przeregulowaniu” Europy to mit, a prawo nie nadąża za ochroną obywateli. Twierdzenia korporacji, że regulacje, takie jak AI Act, duszą innowacje, to celowa strategia biznesowa. W rzeczywistości wciąż brakuje skutecznych przepisów – czego drastycznym przykładem jest bezradność wobec syntetycznej pornografii i niekonsensualnych deepfake'ów, z którymi walkę w Polsce dopiero ma umożliwić nadchodząca nowelizacja Kodeksu karnego.

