„NYT”: Masowe protesty „No Kings” przeciw Donaldowi Trumpowi. Co da rekordowa mobilizacja?

W Stanach Zjednoczonych na sobotę zaplanowano kolejne masowe demonstracje przeciwko polityce prezydenta Donalda Trumpa, organizowane przez koalicję progresywnych grup „No Kings”. Organizatorzy liczą na największą mobilizację w historii ruchu. Pozostaje pytanie, czy sama skala protestów przełoży się na realny wpływ polityczny.

W sobotnich protestach w Stanach Zjednoczonych może wziąć udział kilka milionów osób, według zapowiedzi organizatorów. Demonstracje są najnowszą odsłoną serii ogólnokrajowych mobilizacji przeciwko polityce Donalda Trumpa, koordynowanych przez koalicję progresywnych organizacji określających się jako „No Kings” (nie dla królów).

Organizatorzy deklarują, że ich celem jest przekroczenie liczby uczestników z wcześniejszych edycji protestów, które według ich szacunków zgromadziły ponad 7 milionów osób w październiku oraz miliony uczestników w czerwcu. Dane te nie zostały jednak niezależnie zweryfikowane.

Dwie poprzednie fale protestów stanowiły ważny wentyl dla przeciwników administracji, szczególnie w okresie, gdy środowiska Demokratów były osłabione po wyborczych porażkach w 2024 roku i analizowały swoje błędy strategiczne. Nowa mobilizacja pojawia się w momencie, gdy opozycja szuka skutecznych narzędzi oddziaływania politycznego.

Protesty bez jednego celu i przywódcy

Ruch „No Kings” odwołuje się do antyautorytarnych i demokratycznych wartości, które – zdaniem organizatorów – są fundamentem amerykańskiej państwowości, a które Donald Trump ich zdaniem ignoruje. Jednocześnie demonstracje nie mają jednego, jasno określonego postulatu.

Materiały promocyjne wskazują na szeroki zakres tematów, w tym kwestie imigracji, ingerencji w wybory, planów dotyczących infrastruktury Białego Domu, polityki wobec Ukrainy oraz dostępności mieszkań. Brak jednego celu ma odzwierciedlać rozproszony charakter ruchu sprzeciwu wobec obecnej administracji.

Ruch nie ma także wyraźnego lidera na wzór historycznych ruchów społecznych. Wśród znanych postaci wspierających progresywne inicjatywy pojawiają się m.in. Bernie Sanders oraz Alexandria Ocasio-Cortez (amerykańska polityczka należąca do Partii Demokratycznej, członkini Izby Reprezentantów). Pełnią one raczej rolę rzeczników niż centralnych przywódców protestów.

Organizatorzy podkreślają, że ich strategia polega na przyciągnięciu jak najszerszego grona przeciwników administracji, w tym osób niezdecydowanych lub wcześniej niezaangażowanych politycznie.

Cel? Przekonanie uczestników, że konsolidacja władzy przez Trumpa nie jest pewnikiem. Demonstracje mają więc nie tylko wyrażać sprzeciw, ale też wzmacniać poczucie sprawczości uczestników.

Rozproszony ruch i skala mobilizacji

Protesty mają odbywać się w ponad 3000 lokalizacji w całym kraju. Od Alaski po Florydę, w dużych miastach o poglądach liberalnych, jak i w regionach uznawanych za bastiony Partii Republikańskiej. Organizatorzy podkreślają decentralizację wydarzeń.

W przeciwieństwie do klasycznych ruchów społecznych, organizatorzy „No Kings” nie narzucają uczestnikom konkretnych działań poza zaleceniem udziału i zachowania pokojowego charakteru protestów. Ich podejście zakłada oddolną mobilizację bez ścisłej kontroli przekazu.

Organizatorzy podkreślają również znaczenie przekazu wizualnego. W mediach społecznościowych rozpowszechniane są nagrania z demonstracji – zarówno dużych zgromadzeń w miastach, jak i mniejszych spotkań lokalnych. Mają wzmacniać poczucie wspólnoty i zachęcać kolejne osoby do udziału.

Wątpliwości co do wpływu politycznego

Część ekspertów zwraca jednak uwagę, że sama skala protestów nie musi przekładać się na trwałe efekty polityczne. Zdaniem Dany R. Fisher z American University masowe demonstracje często pełnią funkcję „kolektywnej terapii”, ale nie zastępują długofalowej pracy organizacyjnej.

Fisher podkreśla, że osiągnięcie dużej liczby uczestników to za mało. Energię ruchu należy przełożyć na działania lokalne i polityczne, takie jak organizowanie społeczności czy wpływanie na wybory. Jej zdaniem kluczowe jest utrzymanie zaangażowania poza samymi wydarzeniami.

Badania prowadzone przez Fisher i jej zespół wskazują, że uczestnicy protestów „No Kings” są w dużej mierze osobami wykształconymi, w średnim wieku i w przeważającej większości białymi, a także silnie zaangażowanymi politycznie.

Podobne wątpliwości dotyczą zdolności ruchu do przełożenia mobilizacji na konkretne wyniki wyborcze, w szczególności w kontekście wyborów uzupełniających w listopadzie. Pytanie brzmi, czy demonstracje mogą przekształcić się w trwałą strukturę polityczną.

Według badaczy protestów, takich jak Lara Putnam z University of Pittsburgh, rozwój ruchów społecznych w dobie mediów społecznościowych ułatwia mobilizację, ale nie rozwiązuje problemu budowy infrastruktury politycznej. Łatwość organizowania wydarzeń nie oznacza automatycznie ich skuteczności.

Dla części obserwatorów inspiracją pozostaje konserwatywny ruch Tea Party, który skutecznie wpłynął na politykę Partii Republikańskiej w czasie prezydentury Baracka Obamy. Jednak – jak zauważają analitycy – jego sukces był możliwy dzięki rozbudowanej infrastrukturze politycznej i wsparciu finansowemu.

Źródło: New York Times