Kategoria artykułu: Sport

3 miliony za sflaczałą piłkę, 100 dolarów za bilet, 17 lat czekania na medal

„Przeszłość nie znika, nie jest nawet przeszłością” – pisał mądry człowiek. W sporcie widać to wyraźnie: stare piłki i stroje potrafią wzbudzać szalone namiętności. Netflix również wie, jak działa przeszłość – więc wypuści film o pierwszym mistrzostwie świata Michaela Schumachera. I emocji może być więcej niż w tegorocznych wyścigach F1.

Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Top story

Trwają mistrzostwa Europy w siatkówce kobiet. Reprezentacja Polski nie zdobyła na tej imprezie medalu od 2009 r., choć w ostatnich edycjach kończyła rywalizację w pierwszej piątce. Może teraz się uda?

Naszym siatkarkom nie sposób nie kibicować – któż nie chciałby usłyszeć, jak po sukcesie śpiewają swój sztandarowy hit, czyli… „Dżagę” Dody?

Na zdjęciu polskie siatkarki podczas finałów Ligi Narodów 2025 w Łodzi
Polskie siatkarki cieszą się po wygranej akcji w meczu Ligi Narodów 2025.
Fot. Foto Olimpik/NurPhoto via Getty Images

A kto nie lubi ich przebojowości? W środę Magdalena Stysiak, liderka kadry, powiedziała w TVP: „Wiem, że niektórzy ludzie lubią pisać w internecie dlatego, że on daje im anonimowość. Jeśli ktoś ma jaja, to niech zwróci się bezpośrednio do mnie i wyśle mi maila. Mogę nawet podać adres”.

Odpowiadała na krytykę, bo w pierwszych meczach turnieju forma Polek falowała. Na szczęście obyło się bez wpadek. Najważniejsze spotkania nadejdą już wkrótce – faza pucharowa rozpocznie się 30 sierpnia (transmisja w Polsacie).

W XYZ staramy się pokazać naszym czytelnikom coś więcej niż wyniki – w przypadku siatkówki kobiet zadaliśmy sobie pytanie: „Jak wygląda system, który tworzy reprezentantki kraju?”. Porozmawialiśmy z szefami specjalnego siatkarskiego liceum w Szczyrku. Szkoła nosi imię swojej absolwentki Agaty Mróz-Olszewskiej i gromadzi starannie wyselekcjonowane młode zawodniczki z całej Polski.

Szkoła w Szczyrku jest elitarna, ale nie każda jej absolwentka od razu znajduje dobrze płatne miejsce w zawodowej siatkówce. I to już mniej radosna strona całej sprawy. Pracujący w Szczyrku trener opowiedział nam o zawodniczce, która wyszła z jego szkoły i dostała propozycję gry za… 1500 złotych miesięcznie. W najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Fakt, że była rezerwową, nie zmienia tego, iż trudno uznać takie warunki za normalne.

– Tak dużo mówi się w naszym kraju o równouprawnieniu, o wyrównywaniu szans kobiet… Spółki Skarbu Państwa naprawdę mogłyby bardziej zaangażować się w kobiecy sport, a szczególnie w siatkówkę. Popularyzacja siatkówki kobiet oznaczałaby też popularyzowanie tego sportu wśród Polek. A to przełożyłoby się na ich zdrowie oraz kondycję psychofizyczną. To sport bezkontaktowy, mało kontuzjogenny – mówił nam Artur Popko, prezes Polskiej Ligi Siatkówki.

Podpisujemy się obiema rękami. Ba, po jednym z turniejów siatkówki plażowej wznieśliśmy nawet hasło – pół żartem, naturalnie – by piłkarskie Orliki zasypać piaskiem. Czyli zamienić je w boiska do siatkówki i stworzyć przestrzeń bardziej atrakcyjną dla kobiet, które – w szerszej skali – raczej nie przepadają za piłką nożną.

Tutaj na chwilę rozstajemy się z siatkówką kobiet, choć jeszcze wrócimy do niej w tej edycji „Pierwszego Składu”.

Zdjęcie tygodnia

Piłka Adidas Azteca z mundialu 1986, którą Maradona strzelił dwa gole Anglii.
Ta niepozorna piłka to jedna z najbardziej pożądanych pamiątek w historii sportu. Fot. Heritage Auctions

Wygląda jak piłka Twojego ojca, którą dziadek od czterdziestu lat przechowuje w garażu. A w rzeczywistości jest to futbolówka, którą równo cztery dekady temu Diego Maradona zdobył dwie bramki przeciwko Anglii w ćwierćfinale mistrzostw świata w Meksyku.

Jeden z tych goli padł po zagraniu ręką. I to nie byle jaką, bo – jak utrzymywał sam Diego – była to „ręka Boga”. Stąd gigantyczna wartość historyczna i sentymentalna tej konkretnej piłki. W miniony weekend wystawiono ją na aukcji z ceną wywoławczą 2,5 mln dolarów.

Ostatecznie sprzedała się za 3,355 mln dolarów. Sporo jak na sflaczałą gałę, ale znacznie mniej od oczekiwań. Heritage Auctions, organizator licytacji, liczył na 10 mln dolarów. Plan był taki, by przebić cenę koszulki Maradony z tego samego meczu, która w 2022 r. została sprzedana za 9,3 mln dolarów.

Tak gigantyczny rozstrzał między oczekiwaną a faktyczną ceną to rzadkość. Szczególnie w przypadku Heritage Auctions – domu aukcyjnego, który zwykle znakomicie buduje popyt.

To właśnie on ustanowił rekord wszech czasów w kategorii pamiątek sportowych. Sprzedał koszulkę, w której Babe Ruth wystąpił w trzecim meczu World Series w 1932 r. i zdobył słynnego „called shot” home runa. Jej cena wyniosła 24,12 mln dolarów.

Nasze hity

  • Gdy kilka lat temu sprzedawano koszulkę, w której Diego Maradona zdobył TE bramki w TYM meczu, Argentyńczycy próbowali przekonywać, że jest częścią ich narodowego dziedzictwa i dlatego powinna trafić za darmo do muzealnych zbiorów, ale w biznesie sentymenty rzadko się liczą. No chyba, że chodzi o sentyment kibiców i możliwość jego spieniężenia. O tym, że serce kibica otwiera jego portfel, doskonale wiedzą kluby, których zdecydowana większość co roku wypuszcza nowe komplety strojów: domowe, wyjazdowe, alternatywne, okolicznościowe, edycje limitowane… Napoli potrafiło w trakcie jednego sezonu przygotować 13 różnych wzorów swoich trykotów. Koszulek jest coraz więcej, wzory coraz bardziej przyciągają oko, a w piłkarski biznes angażują się też poważni modowi gracze. Dość powiedzieć, że wspomniane Napoli ubiera Emporio Armani, a za kilka miesięcy Nike wypchnie Adidasa z koszulek reprezentacji Niemiec. A jakie są największe koszulkowe hity tego sezonu? Sprawdził to Jakub Szymanek. Przeanalizował też, ile trzeba za te hity zapłacić.
  • A skoro o koszulkach mowa… Każdy kibic ma jakąś ulubioną pochodzącą z historii swojego klubu. Związaną z początkami swojej piłkarskiej miłości czy też z największymi sukcesami ukochanej drużyny. Albo po prostu najbardziej trafiającą w jego estetykę. Tym sposobem w zbiorowej świadomości kibiców potrafią zapisać się sponsorzy, którzy akurat w danym sezonie byli na koszulkach tego czy innego zespołu. Kibice Manchesteru United z rozrzewnieniem wspominają czasy Sharpe'a (z tym większym, że do sukcesów z tamtych lat baaardzo im dziś daleko). Fani Arsenalu do dziś zakładają koszulki z O2 na piersi i nazwiskiem „Henry” na plecach. Sponsorzy na koszulkach to nie tylko historia klubów, ale i światowej gospodarki. W latach 90. najbardziej widoczni byli producenci elektroniki (JVC, wspomniany Sharpe), później zaczęły pojawiać się telekomy. Od jakichś 15 lat widzimy boom na linie lotnicze – zwłaszcza te z Bliskiego Wschodu. W międzyczasie na koszulkach zaczęły pojawiać się także firmy z branży krypto i zakładów bukmacherskich. A jakie gospodarcze trendy na przyszłość można wyczytać z piłkarskich koszulek w tym sezonie?
  • Netflix ogłosił, że 2 października premierę będzie miał dokument „Schumacher ’94 – The Birth of a Legend” o pierwszym mistrzowskim sezonie Michaela Schumachera w Formule 1. Niemiecki kierowca ów pierwszy tytuł zdobył w 1994 r., jeżdżąc w ekipie Benettona. Włoska marka odzieżowa rzuciła wyzwanie największym firmom w Formule 1 i zagrała na nosie m.in. Ferrari. Było wyjątkowo pikantnie zarówno z powodu agresywnej jazdy Schumachera, jak i tego, że szef Benettona, Flavio Briatore, był nieustannie gotowy do awantur i naginania przepisów. On na pewno też będzie bohaterem filmu. Wchodząc do F1, nie miał zielonego pojęcia o wyścigach, ale, jak wspomina, od zawsze znał się na ludziach. To on, działając oczywiście na granicy prawa, sprowadził Schumachera do Benettona. Zanim nadejdzie październik i skupimy się głównie na niemieckim kierowcy, warto dobrze poznać Briatore.

Bohater tygodnia

Dan Friedkin (z lewej) jest znany fanom sportu jako właściciel włoskiej AS Romy i angielskiego Evertonu. Już sam ten fakt oznacza dwie niezwykle wymagające role.

W Rzymie mierzy się z kapryśnymi kibicami, a w Liverpoolu ze skutkami finansowych błędów poprzedniego właściciela. Ten drugi problem jest na tyle poważny, że w dużej mierze musi radzić sobie z nim sam, bo jest nie tylko głównym inwestorem, ale również prezesem Evertonu.

Bohaterem tygodnia jest jednak dlatego, że nic go nie zraża i nadal inwestuje, w dodatku na ogromną skalę. Friedkin jest dziś najbliżej zdobycia prawa do stworzenia 33. klubu NHL, który miałby powstać w Houston albo Austin.

Jego grupa zgodziła się zapłacić 2 mld dolarów opłaty za dołączenie zespołu do ligi. Cała inwestycja, wraz z budową nowej hali, może pochłonąć około 3,5 mld dolarów. Ostateczna kwota oraz lokalizacja drużyny będą zależały m.in. od tego, w którym mieście uda się stworzyć korzystniejsze warunki dla nowej areny.

Projekt musi jeszcze uzyskać zgodę Rady Gubernatorów NHL. Liga i Friedkinowie prowadzą obecnie proces, który ma rozstrzygnąć, czy drużyna powstanie w Houston, czy w Austin. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, klub może rozpocząć grę w sezonie 2029/2030. Dla Friedkina byłoby to spełnienie wieloletniego marzenia. Pochodzi z Houston i od lat liczył, że właśnie tam NHL doczeka się swojej drużyny.

Dan i Ryan Friedkinowie
Dan Friedkin zarządza imperium biznesowym wspólnie z synem Ryanem. Na zdjęciu obaj panowie podczas meczu  pomiędzy AS Roma a Szachtarem Donieck na Stadionie Olimpijskim w Rzymie. Fot. Fabrizio Corradetti/LiveMedia/NurPhoto via Getty Images

Liczba tygodnia

100

– tyle dolarów kosztuje każdy z tysiąca biletów na US Open udostępnionych mieszkańcom Nowego Jorku dzięki porozumieniu burmistrza Zohrana Mamdaniego z organizatorami turnieju.

Wejściówki na turniej są obecnie dostępne głównie na rynku wtórnym, a ich ceny są kosmiczne. Najtańsze bilety – bez gwarantowanego miejsca na trybunach największych aren – kosztują co najmniej 300 dolarów, choć ich nominalna wartość wynosi 95 dolarów.

To efekt amerykańskiego prawa, które pozwala na odsprzedaż biletów na imprezy sportowe za pośrednictwem zewnętrznych platform. Profesjonalni handlarze przy użyciu botów w kilka sekund wykupują najtańsze wejściówki od organizatora, a następnie sprzedają je z ogromną marżą.

Podobny problem pojawił się podczas mundialu, mimo że wtedy bilety wyjątkowo można było odsprzedawać wyłącznie na platformie należącej do FIFA. Wówczas Mamdani również pomógł zapewnić Nowojorczykom dostęp do tańszych wejściówek.

Czy wiesz, że…

Angel Reese pobiła dwa rekordy WNBA w jednym meczu?

W spotkaniu przeciwko Los Angeles Sparks zanotowała 26 zbiórek – najwięcej w historii ligi. Jednocześnie zwiększyła swój dorobek w tym sezonie do 458 zbiórek, ustanawiając kolejny rekord WNBA.

Piszemy o tym, bo wyczyny gwiazdy Atlanty Dream mają ciekawy podtekst biznesowy.

Koszykarka, podobnie jak większość współczesnych sportowców, mierzy się z hejtem. Około roku temu zaczęto ją wyśmiewać, twierdząc, że notuje tak wiele zbiórek, ponieważ regularnie pudłuje, a następnie zbiera piłkę po własnych rzutach.

Zbiórki to po angielsku "rebounds". W jednym z podcastów komentator sportowy Brandon "Bishop BHen" Hendricks użył wobec gry Reese określenia "mebounds". "Me" oznacza po prostu "ja" lub "mnie". Podcaster zażartował, że właśnie tak powinny być nazywane zbiórki Reese po jej własnych niecelnych rzutach.

Angel Reese podczas meczu WNBA
Angel Reese pierwsze dwa sezony w WNBA zagrała dla Chicago Sky. Na początku tego sezonu została wytransferowana do Atlanty Dream. Fot. Luke Hales/Getty Images

Słowo szybko zyskało popularność w internecie, a sama Angel Reese natknęła się na nie i zareagowała z dużym dystansem. Chwilę później zaskoczyła kibiców informacją, że rejestruje "mebounds" jako znak towarowy. Wówczas był to bardziej symboliczny gest, ale dziś nabiera zupełnie nowego znaczenia.

Po pobiciu rekordów zainteresowanie hasłem "mebounds" ponownie wystrzeliło, a zarejestrowany znak towarowy może w przyszłości posłużyć do sprzedaży odzieży i innych produktów sygnowanych przez Reese.

Koszykarka znana jest jako sprytna businesswoman. Ma kontrakty z takimi markami jak Reebok, McDonald's, Amazon, Bose, Victoria's Secret i Good American. Jej przychody sponsorskie szacuje się na około 9 mln dolarów rocznie, podczas gdy obecny kontrakt z Atlantą Dream opiewa na 350 tys. dolarów rocznie.

Przepaść była jeszcze większa rok temu, bo w WNBA nie obowiązywały jeszcze nowe, wyższe stawki wynagrodzeń zawodniczek, które wprowadzono w tym sezonie.

Posłuchaj podcastu

Siatkówką zaczęliśmy i siatkówką zakończymy. Wspomnieliśmy, że na medal mistrzostw Europy naszych siatkarek czekamy już od 17 lat. Brązowy krążek wywalczyła wtedy m.in. Milena Sadurek, która odwiedziła nasze studio podcastowe.

Blisko 200-krotna reprezentantka Polski opowiedziała o presji towarzyszącej grze na dużych turniejach, a także o tym, w których ligach siatkarki mogą dziś zarobić najwięcej. Gdy sama grała w siatkówkę, wysokie kontrakty można było podpisać w Azerbejdżanie.

– To były takie małe mistrzostwa ministrów w rządzie Azerbejdżanu. Na przykład prezes naszego klubu był ministrem transportu, a prezes innego – ministrem zdrowia. Konkurowali między sobą o to, kto jest lepszy i czyj klub jest lepszy – opowiada.

Czy jej zdaniem w tym roku wyzerujemy licznik oczekiwań na kolejny medal mistrzostw Europy? Posłuchaj!

To wydanie newslettera Pierwszy Skład. Chcesz otrzymywać kolejne prosto na swoją skrzynkę? Zarządzaj zapisem na newslettery XYZ tutaj.