Kategorie artykułu: Biznes Technologia

Jak naprawdę rozwijają się Chiny? Prof. Marcin Jacoby obala największe stereotypy (WYWIAD)

Czy Chiny to genialny strateg z planem na sto lat, czy kolos marnujący miliardy dolarów? Choć z perspektywy Europy Państwo Środka wygląda jak technologiczny hegemon, rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. Prof. Marcin Jacoby z Uniwersytetu SWPS w rozmowie z XYZ mówi o tym, czego Europa nie dostrzega.

– Chiny borykają się z mnóstwem problemów wewnętrznych i społecznych, będących pokłosiem dynamicznego, ale nierównego rozwoju – mówi prof. Marcin Jacoby z Uniwersytetu SWPS. Fot. lisastrachan/Adobe Stock, 4045/Magnific, Uniwersytet SWPS

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jakie są najpopularniejsze stereotypy i mity na temat Chin, które często utrudniają zachodnim firmom prowadzenie tam biznesu.
  2. W jaki sposób partia zarządza tak ogromnym państwem i jaką rolę w tym systemie odgrywają lokalne władze.
  3. Jak przejawia się kryzys młodych pokoleń Chińczyków i dlaczego jest to największy problem dla władzy.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Łukasz Ostruszka: Jakie są największe stereotypy na temat Chin? Popatrzmy na to zagadnienie z perspektywy Polski i Europy.

Prof. Marcin Jacoby, Uniwersytet SWPS: Najpoważniejszym błędem jest postrzeganie Chin jako państwa silnie scentralizowanego, które myśli jednoznacznie i posiada sztywne, jasno określone sposoby działania, strategię na przyszłość. Kiedy mówimy, że Chiny działają strategicznie, zbyt wielu osobom wydaje się, że oznacza to, iż mają one wszystko zaplanowane, nic się nie zmieni, a ich działania wynikają ze sztywnego planu. Zatem centralizacja oraz przekonanie, że mają wszystko ułożone na sto lat do przodu to dwa podstawowe błędy.


Chiny mają swoje ograniczenia


Widzimy hegemona, który pragnie opanować świat.

Chiny są ogromnym państwem, w którym jest silna rywalizacja na poziomie miast i prowincji. Centrum wyznacza pewne ogólne kierunki, a następnie weryfikuje wyniki. Natomiast to, co realnie dzieje się w Chinach, stanowi sumę rywalizacji bardzo wielu ośrodków lokalnej władzy. Ludzie często tego nie dostrzegają. Wydaje im się, że cokolwiek powie Xi Jinping, natychmiast jest wdrażane w każdym zakątku Chin. To nie jest takie proste. To struktura, w której władza centralna działa na poziomie dużej ogólności, a to, jak przełoży się to na szczegółową politykę, zależy już od władz lokalnych. Stanowi to pewne ograniczenie Pekinu, o którym nie zawsze się pamięta.

Druga rzecz to kwestia strategii. Chiny oczywiście mają strategię i pomysły, w których kierunkach pragną się rozwijać. Niemniej stale aktualizują i modyfikują swoje działania. Wydaje mi się, że w Polsce borykamy się z dwoma skrajnymi podejściami. Z jednej strony funkcjonuje przestarzałe myślenie, że Chiny to jedynie zacofana fabryka świata, a ich mieszkańcy bezrefleksyjnie kopiują nasze technologie. Z drugiej strony pojawia się równie błędne przekonanie, że Chińczycy mają wszystko idealnie rozpracowane, wiedzą wszystko, zdystansowali nas w każdej dziedzinie i nie mamy już nic do powiedzenia.

Błędem jest poruszanie się między tymi dwoma ekstremami. W praktyce Komunistyczna Partia Chin dysponuje ogromnymi gremiami analitycznymi oraz rzeszą ekspertów i słucha ich rad, ale jednocześnie mierzy się z gigantyczną liczbą problemów. Skutkuje to stałą potrzebą aktualizowania polityki i strategii w odpowiedzi na bieżące wydarzenia. Chiny są zatem tworem dynamicznie i nieustannie zmieniającym się. Gdy spojrzymy wstecz, ścieżka rozwoju tego kraju wcale nie przypomina linii prostej. To droga pełna zawijasów i zwrotów akcji. Testują pewne rozwiązania, a gdy te nie przynoszą rezultatów, próbują czegoś innego. Jeśli coś się udaje, rozwijają to na większą skalę, niż pierwotnie zakładano. Zdarza się, że zmierzają w określonym kierunku, ale w trakcie okazuje się, że inna droga jest efektywniejsza. Ta dynamika często pozostaje dla zewnętrznego obserwatora niewidoczna.

Warto wiedzieć

Prof. Marcin Jacoby

Sinolog, tłumacz literatury, badacz Chin i Korei Południowej Kierownik Katedry Studiów Azjatyckich Uniwersytetu SWPS. Autor popularnych publikacji: „Chiny bez makijażu”, „Korea Południowa: Republika żywiołów”, „Tajwan. Herbatka na beczce prochu”, a także współautor „Nowej gry w Chińczyka”.

XYZ


Zwinny kolos


To atut czy obciążenie dla państwa?

Z jednej strony jest to zaleta, ponieważ zapewnia im ogromną elastyczność.

Taki olbrzymi startup.

Tak, bo są w stanie bardzo szybko dokonywać korekt. Z drugiej strony należy pamiętać, jak wiele pieniędzy się tam marnuje. Tworzy się polityki, które okazują się zupełnie nieefektywne, wpompowuje się miliony dolarów w nierentowne przedsiębiorstwa państwowe. To są działania wysoce nieefektywne. Chiny z jednej strony można określić jako zwinne – posługując się współczesnym językiem zarządzania – a z drugiej strony jako kolosa, który marnuje bardzo dużo swoich sił i energii. Są zatem strukturą niezwykle niejednoznaczną i niejednorodną.

Patrzymy na Chiny z poczuciem wyższości. Postrzegamy je jako wielką fabrykę, państwo w pewien sposób zacofane, które funkcjonuje jedynie jako dostarczyciel produktów dla reszty świata. Nie dostrzegamy tych prawdziwych, różnorodnych Chin. Widzimy w nich kraj, który kradnie technologie, bo np. najpierw zaprasza europejskich producentów samochodów, a później wypuszcza na rynek takie same lub nawet lepsze pojazdy. Skąd bierze się to poczucie wyższości? Czy dostrzega pan w polskich firmach i w polskim biznesie takie protekcjonalne spojrzenie na Chiny?

Uważam, że znajdujemy się obecnie w okresie przejściowym. Osoby, które niewiele wiedzą o Chinach, rzeczywiście mogą mieć takie podejście. Wynika ono z eurocentryzmu oraz głębokiego przekonania o wyższości Ameryki i Europy nad resztą świata. Z przeświadczenia, że cywilizacja zachodnia stworzyła wszystko, a inni jedynie z tego korzystają. To się jednak powoli zmienia. Jeśli chodzi o firmy, które regularnie jeżdżą do Chin i znają tamtejsze realia, to podejście już zanikło, ponieważ widzą postęp na własne oczy.

Wpadamy jednak w drugą pułapkę, czyli zachwyt połączony z syndromem imposybilizmu, czyli przekonaniem, że Chiny poszły tak daleko do przodu i tak bardzo nas wyprzedziły, że nie ma już dla nas żadnej nadziei. Wynika to z faktu, że w chińskim modelu gospodarczym doszło do bezprecedensowego zjawiska. Zazwyczaj państwa rozwijające się stopniowo wspinają się w górę łańcucha wartości. Gdy spojrzymy na państwa wschodnioazjatyckie, to pierwsza była Japonia, która również zaczynała od kopiowania technologii amerykańskiej, o czym dziś często zapominamy. Stosowano tam inżynierię wsteczną, kupowano np. motocykl marki Harley-Davidson, rozmontowywano go na części pierwsze i na tej podstawie tworzono motocykl Yamaha.

Chiny nie poszły drogą Japonii


Z zegarkami było podobnie.

Dokładnie tak – zegarki, motocykle, elektronika. Japonia zaczynała od produkcji tanich produktów elektronicznych w latach 50., po czym stopniowo wspinała się wyżej, pozostawiając prostszą produkcję innym krajom. W ekonomii opisuje się to teorią tzw. klucza dzikich gęsi. Pierwsza gęś ciągnie za sobą pozostałe. Tymi kolejnymi były Korea Południowa, Hongkong, Singapur oraz Tajwan. Określane są mianem czterech azjatyckich tygrysów. Podążały one ścieżką wytyczoną przez Japonię, powielając w pewnej mierze jej model rozwoju.

Chiny były ostatnią gęsią w tym kluczu. Najpóźniej weszły na drogę gospodarki eksportowej, opierającej się początkowo na masowej produkcji najtańszych towarów. Różnica między Chinami a pozostałymi państwami polega jednak na tym, że Chiny nie zrezygnowały z segmentu taniej produkcji. Dziś operują one w pełnym spektrum. W Chinach wciąż można wyprodukować najtańsze kubki czy prosty sprzęt sportowy – choć koszty pracy tam rosną – ale jednocześnie produkuje się tam maszyny oraz najbardziej zaawansowane technologicznie cuda techniki: nowoczesne samochody elektryczne, zaawansowane baterie, systemy magazynowania energii czy panele fotowoltaiczne.

Chiny są problemem dla reszty świata, bo zajęły niemal każdą niszę rynkową. Ktoś, kto odwiedza Szanghaj, Pekin czy Shenzhen, może odnieść wrażenie, że Chiny nie pozostawiają przestrzeni dla nikogo. Dominują w najnowocześniejszych technologiach, zachowując jednocześnie udziały w tradycyjnym przemyśle. Wynika to z ogromnej skali tego kraju oraz potężnych dysproporcji w rozwoju i zamożności. Bogate wschodnie wybrzeże Chin pod wieloma względami wyprzedza Europę i rywalizuje technologicznie ze Stanami Zjednoczonymi, podczas gdy w głębi kraju wciąż znajdują się regiony będące na poziomie państwa, które dopiero się rozwija. Z tego powodu Chiny rozciągają swoją działalność na całe spektrum gospodarcze. Osoby, które odwiedzają tamtejsze metropolie, bywają zszokowane, że pizzę dostarcza dron, transport publiczny jest w pełni elektryczny, a w fazie testów funkcjonują już powietrzne taksówki. Ta wszechobecna nowoczesność w wielu aspektach przewyższa nasze standardy. Rodzi to obawę, że dystans jest już nie do nadrobienia. Obecnie balansujemy między tymi dwoma skrajnymi spojrzeniami i z pewnością zdrowiej byłoby wyważyć tę ocenę.


Europejczycy nie wszystko widzą


Czy głębokie dysproporcje oraz rozwarstwienie społeczne między bogatą a biedniejszą częścią kraju generują wewnętrzne napięcia? Czy są konflikty, o których w Europie nie słyszymy, a które powodują wewnętrzny ferment?

Chiny borykają się z mnóstwem problemów wewnętrznych i społecznych, będących pokłosiem dynamicznego, ale nierównego rozwoju. Obecnie największym wyzwaniem nie jest już nawet sam podział na bogaty wschód i biedniejszy zachód, choć był to główny problem ekonomiczny od momentu otwarcia gospodarczego w 1979 roku. Dzisiaj kluczową kwestią jest brak mobilności społecznej i ograniczona możliwość awansu dla bardzo licznej grupy, głównie młodych ludzi. Oznacza to, że ścieżka życiowa człowieka jest w ogromnym stopniu zdeterminowana przez miejsce urodzenia. Decyduje ono o dostępie do dobrej edukacji, szkoły i perspektyw zawodowych.

Wielu młodych Chińczyków dostrzega te bariery, co rodzi potężną frustrację. Mamy do czynienia z bardzo wysokim bezrobociem wśród osób z wyższym wykształceniem, co stanowi obecnie jedno z najpoważniejszych wyzwań dla władz. Dochodzą do tego wysoce niepokojące trendy demograficzne. Wszystkie te czynniki sprawiają, że Chiny stają się społeczeństwem szybko starzejącym się, z liczną grupą sfrustrowanych młodych ludzi, którzy nie widzą dla siebie satysfakcjonującej przyszłości.

A czy to może doprowadzić do sytuacji, którą obserwujemy w wielu innych państwach azjatyckich? Pokolenie Z otwarcie buntuje się i organizuje strajki? Czy taki scenariusz w Chinach jest w ogóle kiedykolwiek możliwy?

W Chinach ten opór przejawia się w nieco inny sposób. Już kilka lat temu prasa zaczęła opisywać zjawiska i pojęcia, które stały się niezwykle popularne w chińskim internecie. Pierwszym z nich jest „neijuan”, czyli inwolucja. Choć to termin wywodzący się z ekonomii i socjologii, w powszechnym odczuciu oznacza sytuację, w której ludzie pracują coraz ciężej i dłużej, ale zyskują coraz mniej. Wyobraźmy sobie pracownika fabryki, który dotychczas pracował dziesięć godzin dziennie. Nagle dowiaduje się, że musi pracować jedenaście godzin, a jego wynagrodzenie zostanie nieco obniżone. Mamy tu do czynienia z odwrotną korelacją między wysiłkiem a nagrodą.

Podobne poczucie towarzyszy osobom prowadzącym własną działalność gospodarczą. Trzeba pamiętać, że społeczeństwo chińskie jest niezwykle, wręcz niebywale przedsiębiorcze. Niemal każdy próbuje tam sił we własnym biznesie.

Kapitalizm made in China


Choćby miało to być prowadzenie ulicznego wózka z jedzeniem.


Tak, to zjawisko widoczne na każdym poziomie. To rzeczywiście szalenie przedsiębiorczy naród. Wracając do meritum: prowadzisz firmę i z roku na rok czujesz, że pracujesz coraz więcej, a zarabiasz coraz mniej. To jest właśnie to, co Chińczycy nazwali inwolucją i o czym dyskutują niezwykle intensywnie.

Drugim kluczowym terminem jest „tang ping”, co dosłownie oznacza „leżenie plackiem”. To pojęcie bezpośrednio odnosi się do buntu młodych. Wielu przedstawicieli nowej generacji, rekrutujących się głównie z klasy średniej, dochodzi do wniosku, że nie ma przed nimi przyszłości. Mówią: „moi rodzice nie mają odpowiednich znajomości ani wpływów, by załatwić mi dobrą pracę, a ja sam nie jestem w stanie jej zdobyć. Wolę więc odpuścić”. Decydują się na rezygnację z wyścigu szczurów. Albo pozostają na utrzymaniu rodziców, albo podejmują słabo płatną, niewymagającą pracę, jednocześnie radykalnie ograniczając swoje potrzeby konsumpcyjne. Nie kupują nowych ubrań, rezygnują z życia towarzyskiego, spędzają czas w domu, grając w gry wideo. Jest to rodzaj społecznej pasywności i apatii, która dla Komunistycznej Partii Chin stanowi zjawisko niepokojące i niebezpieczne.

Obok „tang ping” funkcjonuje również pokrewne określenie „bailan”, wywodzące się ze świata gier komputerowych. Oznacza ono sytuację, w której gracz, widząc nieuchronność porażki, przestaje walczyć na wczesnym etapie rozgrywki. W wymiarze społecznym jest to zatem kapitulacja. W Chinach trudno oczekiwać buntu w postaci masowych manifestacji ulicznych i otwartego formułowania żądań, gdyż system na to nie pozwala. Mamy jednak do czynienia z buntem pasywnym, czyli próbą znalezienia alternatywnej ścieżki życia poza brutalnym i wycieńczającym wyścigiem szczurów.

Kto pomoże młodym Chińczykom?


Zastanawiam się, czy ten problem w ogóle istnieje w tamtejszej debacie publicznej. Czy w Chinach porusza się temat profesjonalnego wsparcia lub opieki psychologicznej?

To trafne pytanie. Pod tym względem Chiny pozostają daleko w tyle za Europą, a nawet za Polską, choć u nas również głośno mówi się o głębokim kryzysie w dostępie do opieki psychiatrycznej i psychologicznej. W Chinach sytuacja jest znacznie gorsza. Kraj wciąż znajduje się na etapie, w którym dla znacznej części społeczeństwa korzystanie z pomocy psychologa wiąże się ze stygmatyzacją, z przekonaniem, że dana osoba cierpi na poważne zaburzenia psychiczne i powinna zostać odizolowana w zamkniętym zakładzie.

Niemniej w dużych metropoliach rośnie świadomość – zwłaszcza wśród młodego pokolenia – że profesjonalne wsparcie jest niezbędne. Niestety, system nie jest na to przygotowany. Brakuje wykwalifikowanych kadr, dostęp do specjalistów jest znikomy, a opór kulturowy wciąż pozostaje silny. W rezultacie rzesze ludzi zmagających się z kryzysami psychicznymi zostają pozostawione same sobie, co nieuchronnie doprowadzi do pogłębienia tego problemu. Ogromna samotność, zagubienie oraz alienacja młodych ludzi to obecnie niezwykle wyraźne wyzwania cywilizacyjne, przed którymi stoją współczesne Chiny.

Tak robi się zakupy w Chinach


Formalnie to państwo komunistyczne, ale konsumpcjonizm jest tam rozwinięty do granic możliwości. Pokusy i aspiracje, z którymi muszą mierzyć się młodzi Chińczycy, są chyba równie wielkie.

W tym miejscu warto powrócić do pierwszego pytania dotyczącego stereotypów. Szczególnie wśród osób starszych, które pamiętają realia bloku wschodniego sprzed 1989 roku, pokutuje przeświadczenie, że skoro Chiny są państwem komunistycznym, to ich gospodarka przypomina dawną Polskę Ludową. Tymczasem chiński komunizm przejawia się przede wszystkim w sferze ideologicznej i strukturze władzy. Komunistyczna Partia Chin to partia typu leninowskiego. Działa w sposób zbliżony do dawnych struktur bolszewickich pod względem rygoru organizacyjnego, centralizmu i kontroli. Natomiast na płaszczyźnie ekonomicznej, choć państwo zachowuje narzędzia planowania, mamy do czynienia z systemem bezwzględnie kapitalistycznym. W literaturze przedmiotu stosuje się termin „kapitalizm państwowy” lub „państwo rozwojowe”. Władza centralna wyznacza strategiczne kierunki i sugeruje sektorowi prywatnemu pożądane obszary działania, ale w codziennej praktyce duża część gospodarki funkcjonuje na twardych, rynkowych zasadach.

Odnosząc się do konsumpcjonizmu, Chiny są społeczeństwem skrajnie konsumpcyjnym, przy czym większość handlu i marketingu przeniosła się do cyberprzestrzeni. Chiński rynek e-commerce jest największy na świecie, dystansując pod tym względem Stany Zjednoczone. Zakupy w sieci mają często charakter wręcz kompulsywny. To właśnie tam narodził się i rozwinął na masową skalę model sprzedaży internetowej prowadzony na żywo przez influencerów, generujący miliardowe obroty w kilka sekund.

Co więcej, chińskie platformy technologiczne opierają się na ekosystemach, jakich na Zachodzie nie znamy. Podczas gdy my korzystamy z wielu odrębnych aplikacji do różnych zadań, Chińczycy funkcjonują wewnątrz zintegrowanych środowisk stworzonych przez gigantów takich jak Alibaba czy Tencent. Obejmują one wszystko: od komunikacji, przez media społecznościowe, aż po zautomatyzowane płatności. Wyobraźmy sobie sytuację, że oglądamy transmisję wideo, podczas której dwoje ludzi rozmawia, a jeden z nich pije herbatę z pięknej czarki. Jeśli naczynie nam się spodoba, wystarczy jedno kliknięcie i produkt zostaje natychmiast zamówiony, a transakcję finalizuje nasz autonomiczny agent AI. Tak wyglądają dzisiejsze Chiny.

Paradoks polega na tym, że władze w Pekinie od lat dążą do stymulowania konsumpcji wewnętrznej, chcąc uczynić z niej główny motor wzrostu gospodarczego i zmniejszyć uzależnienie gospodarki od eksportu. Mimo to, z perspektywy partii, działania te wciąż nie przynoszą w pełni satysfakcjonujących rezultatów, ponieważ obywatele, ze względu na niepewność jutra, wykazują dużą skłonność do oszczędzania. Mamy więc do czynienia z systemem, który strukturalnie dąży do jeszcze większego konsumpcjonizmu, mierząc się jednocześnie z oporem materii.

Jak Chińczycy dogadują się z AI


Wspomniał pan o agentach AI. Chciałbym, abyśmy przyjrzeli się bliżej wpływowi sztucznej inteligencji na chińskie społeczeństwo. Na Zachodzie, zwłaszcza wśród europejskich przedsiębiorców z sektora big tech, dominuje pogląd, że Europa bezpowrotnie przegra wyścig technologiczny z Chinami i Stanami Zjednoczonymi z powodu nadmiaru unijnych regulacji. Tymczasem część ekspertów wskazuje, że teza o całkowitym braku restrykcji w Chinach jest mitem. Pekin kładzie ogromny nacisk na to, by trzymać rozwój sztucznej inteligencji w ryzach. Czy rozwój AI w Chinach postępuje bez jakichkolwiek hamulców?

To zagadnienie wieloaspektowe, dotykające zarówno kwestii globalnej rywalizacji, jak i samej specyfiki nadzoru nad technologią. Postaram się uporządkować te kwestie. Jeśli chodzi o sam wyścig technologiczny, Unia Europejska w wielu wymiarach już pozycję lidera utraciła i to wcale nie z powodu nadmiernych regulacji. Prawdziwa rywalizacja o prymat w obszarze sztucznej inteligencji toczy się wyłącznie między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Za nimi plasuje się Korea Południowa oraz kilka innych państw, natomiast Europa znajduje się obecnie w trzeciej lidze. Wynika to z faktu, że jako Wspólnota nie inwestowaliśmy dostatecznie w rodzime przedsiębiorstwa technologiczne i nie stworzyliśmy odpowiednich warunków rozwoju dla najzdolniejszych inżynierów. W efekcie wybitni specjaliści, np. z Polski, woleli wyjechać do Doliny Krzemowej i pracować dla OpenAI, ponieważ na rodzimym rynku nie mieli analogicznych perspektyw.

To właśnie oni tworzą technologiczny zrąb OpenAI.

Dokładnie tak, więc źródło problemu leży gdzie indziej niż w samych przepisach. Przechodząc do kwestii regulacji, to Chiny nakładają na sektor AI potężne obostrzenia. Chińskim korporacjom technologicznym jest znacznie trudniej rozwijać duże modele językowe niż ich amerykańskim konkurentom. W Stanach Zjednoczonych podmioty takie jak OpenAI, Meta czy Google przez długi czas cieszyły się niemal całkowitą swobodą działania, bez głębokiej ingerencji struktur państwowych. W Chinach natomiast, od momentu pojawienia się zaawansowanych sieci neuronowych i generatywnych chatbotów, władze w obawie przed utratą kontroli nad obiegiem informacji nałożyły na twórców bezwzględny obowiązek implementacji filtrów cenzorskich. Jeśli wejdzie się w interakcję z chińskim chatbotem, np. zasilanym przez model DeepSeek i zapyta się o wydarzenia z 4 czerwca 1989 roku na placu Tiananmen, to uzyskanie odpowiedzi jest niemożliwe. Prace nad algorytmami musiały od początku uwzględniać konieczność ścisłego przestrzegania wytycznych cenzury partyjnej, co stanowiło ogromne wyzwanie inżynieryjne.

Kolejną barierą dla chińskiego sektora technologicznego stała się polityka administracji Joe Bidena, zmierzająca do odcięcia Państwa Środka od najbardziej zaawansowanych półprzewodników i mikroczipów. W założeniu miało to drastycznie spowolnić chiński program AI i w pewnym stopniu cel został osiągnięty. Chińczycy radzą sobie z tym wyzwaniem na różne sposoby. Częściowo pozyskują podzespoły przez rynki pośrednie, a częściowo przez innowacje architektoniczne. Sukces wspomnianego DeepSeeka polegał na tym, że zamiast polegać na nieograniczonej mocy obliczeniowej najnowszych czipów, inżynierowie zoptymalizowali działanie sieci neuronowych na starszym sprzęcie, stosując bardziej efektywne metody łączenia czipów ze sobą, oraz uczenia się modelu. Wykorzystano techniki, które pozwoliły na drastyczne obniżenie kosztów trenowania modeli. To było pójście na skróty w pozytywnym, inżynieryjnym sensie.

Podsumowując, globalny krajobraz AI tworzą trzy odmienne ekosystemy:
Amerykański charakteryzujący się maksymalną swobodą operacyjną, brakiem restrykcyjnej odpowiedzialności i nastawieniem na szybkie wdrożenia komercyjne.
Europejski cechujący się rozbudowanym aparatem regulacyjnym przy jednoczesnym braku wystarczającego kapitału inwestycyjnego.
Chiński poddany rygorystycznemu nadzorowi państwowemu, ale dysponujący potężnymi funduszami, ogromną dynamiką i warunkowany przez bezwzględną konkurencję rynkową.

Warto też wskazać na dwie fundamentalne różnice w podejściu do samej technologii. Podczas gdy Amerykanie koncentrują się na modelach konwersacyjnych i interfejsach zorientowanych na użytkownika indywidualnego, Chiny kładą główny nacisk na integrację sztucznej inteligencji z robotyką oraz sektorem przemysłowym. Władze centralne wywierają silną presję na korporacje, aby rozwiązania z zakresu AI realnie podnosiły efektywność produkcji fabrycznej i przekładały się na twarde wskaźniki gospodarcze, a nie służyły jedynie rozrywce.

Jednocześnie chińskie społeczeństwo wykazuje znacznie mniejszy opór przed adaptacją tych narzędzi. Implementacja autonomicznych asystentów i agentów AI jest tam najwyższa na świecie. W Europie często pojawiają się obawy o prywatność czy podmiotowość. Nie chcemy, aby algorytm decydował za nas o wyborze połączenia kolejowego czy lotniczego. Większość Chińczyków nie ma z tym problemu. Podchodzą do tego pragmatycznie: technologia ma ułatwiać życie, oszczędzać czas i eliminować stres, więc chętnie cedują te uprawnienia na systemy autonomiczne.

Chiny rezygnują z humanistyki


Chiny postawiły wszystko na rozwój AI?

Tak, a kluczowy jest tu również obszar edukacji, co osobiście uważam za decyzję wysoce kontrowersyjną. Władze w Pekinie na mocy centralnych dyrektyw systematycznie likwidują liczne kierunki studiów humanistycznych i społecznych. W ich miejsce masowo otwierane są programy inżynieryjne z zakresu robotyki i sztucznej inteligencji. Z perspektywy społecznej niesie to za sobą ogromne ryzyko, jednak decydenci są przekonani, że warunkiem wygrania globalnego wyścigu technologicznego jest całkowita reorientacja kapitału ludzkiego. Elementy kształcenia ogólnego, kluczowe dla integralnego rozwoju człowieka, ustępują miejsca twardej edukacji technicznej. Te zmiany zaczynają się już na etapie szkół podstawowych i średnich, gdzie nauka programowania oraz wykorzystania narzędzi AI wypiera tradycyjny model kształcenia.

To może być bomba z opóźnionym zapłonem.

Podzielam te obawy. Moim zdaniem to bardzo prawdopodobny scenariusz.

A co z prawami człowieka? Czy rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji są już na masową skalę wykorzystywane do ograniczania wolności jednostki? Czy budzi to w ogóle jakieś kontrowersje w Chinach, czy też społeczeństwo przyjmuje te zmiany bezrefleksyjnie?

Społeczeństwo właściwie nie ma większego wyboru, ponieważ nikt obywateli o zdanie nie pyta. W tym miejscu warto powrócić do kwestii struktury państwa. Chińska polityka w tym obszarze bywa bardzo zróżnicowana w zależności od regionu. Wykorzystanie sztucznej inteligencji do inwigilacji oraz ścisłej kontroli zachowań społecznych jest najbardziej zaawansowane i najszerzej stosowane tam, gdzie władze dostrzegają potencjalne napięcia na tle religijnym i etnicznym. Mam tu na myśli przede wszystkim Region Autonomiczny Sinciang.

Osobiście tam nie dotarłem, bo swobodne podróżowanie po tym regionie jest ograniczone, ale z relacji i publikacji wyłania się uderzający obraz. Kamery są tam obecne absolutnie wszędzie. Nie mówimy tu jednak o klasycznym monitoringu, gdzie funkcjonariusz obserwuje kilkanaście ekranów, lecz o wysoce zaawansowanych systemach analizy zachowań ludzkich. Algorytmy te potrafią identyfikować nietypowe postawy i natychmiast alarmować operatora. Co więcej, systemy te realizują cele z zakresu tak zwanej prewencji prognostycznej – analizując zachowanie danej osoby, są w stanie przewidzieć, czy zamierza ona podjąć działania niezgodne z prawem.

Chiny bez wątpienia dysponują technologią pozwalającą na totalną inwigilację obywateli. Pekin nie wdraża tych najbardziej opresyjnych rozwiązań wszędzie w równym stopniu, ponieważ nie dąży do stworzenia klasycznego państwa policyjnego opartego wyłącznie na terrorze. Władze wolą stosować mechanizmy pozytywnej motywacji wobec lojalnej większości. W regionach, w których partia nie diagnozuje zagrożeń dla bezpieczeństwa wewnętrznego, system nie jawi się obywatelom jako opresyjny. Oczywiście kamery są wszechobecne. Jeśli kierowca przejedzie na czerwonym świetle, system automatycznie wygeneruje mandat i pobierze należność z konta.

Z perspektywy przeciętnego obywatela kluczowy jest jednak przekaz o korzyściach. Społeczeństwu wskazuje się, że dzięki zaawansowanym technologiom ulice są bezpieczne, restauracje i firmy nie oszukują klientów, a przestępczość niemal nie istnieje. Wpisuje się to w wieloletnią doktrynę budowy tzw. harmonijnego społeczeństwa, w którym jednostka ma czuć się bezpiecznie i stabilnie. Tam, gzie wdrożono systemy tzw. wiarygodności społecznej, postępowanie mieszkańców zgodne z oczekiwaniami władz jest nagradzane, np. przez przyznanie punktów, które dają pierwszeństwo przy zakupie biletów na bardzo oblegane trasy kolejowe. Choć konfiguracja tych systemów różni się w poszczególnych prowincjach, to podejrzewam, że gdyby przeprowadzić w pełni rzetelne, bezstronne badanie opinii publicznej, większość Chińczyków oceniłaby zarówno te systemy, jak i generalnie politykę monitorowania zachowań społecznych pozytywnie, uznając, że podnosi ona jakość życia w stosunku do tego, co było dawniej.

Jednocześnie Chińczycy wiedzą dobrze, że nie żyją w kraju wolności demokratycznych i nie mogą sobie pozwolić na nieskrępowaną krytykę polityczną. Wielu ludziom te ograniczenia oczywiście doskwierają, lecz dominuje poczucie braku sprawczości. Obywatele uznają, że systemu nie da się zmienić, więc należy się w nim jak najlepiej odnaleźć. Niezależni intelektualiści, aktywiści czy dziennikarze śledczy, którzy próbują działać na rzecz pozytywnych zmian, starają się poruszać na granicy niepisanych i płynnych „czerwonych linii”, dbając o to, by ich nie przekroczyć. Ponieważ te granice bywają ruchome, w chińskich więzieniach wciąż osadzanych jest wielu aktywistów.

Chińczycy kontrolują władzę do czasu


Nikt nie wykorzystuje internetu do kontrolowania lokalnej władzy?

Społeczeństwo obywatelskie w Chinach w pewnej formie istnieje. Nie chciałbym, aby powstało wrażenie, że wszyscy obywatele żyją w ciągłym paraliżującym strachu. Dyskurs publiczny w internecie bywa niezwykle żywy. W przypadku wykrycia korupcji na szczeblu lokalnym lub gdy jakaś fabryka zatruwa środowisko naturalne, media społecznościowe wprost kipią od oburzenia. Władza centralna toleruje taką krytykę i otwartą dyskusję tak długo, jak długo uznaje ją za pożyteczne narzędzie kontroli lokalnych dygnitarzy. Jednak w momencie, gdy debata zaczyna zataczać zbyt szerokie kręgi i staje się niebezpieczna dla stabilności systemu, jest natychmiast ucinana. Najpierw usuwane są posty, następnie nakładane są czasowe blokady kont, a w skrajnych przypadkach profile są bezpowrotnie likwidowane, co w tak głęboko ucyfrowionym społeczeństwie oznacza dla jednostki prawdziwe wykluczenie z życia codziennego. Dopiero na samym końcu tej drabiny represji pojawia się widmo więzienia.

Władza bardzo precyzyjnie modeluje ten dyskurs społeczny, ale nie eliminuje go całkowicie. Chiny to nie jest Korea Północna, gdzie panuje absolutna próżnia informacyjna. To nie jest także Rosja, gdzie oponenci polityczni bywają po prostu fizycznie likwidowani. Chiński system kontroli jest znacznie bardziej wysublimowany. Elastycznie dozuje margines swobody, wnikliwie analizuje nastroje społeczne i wprowadza bieżące korekty. Ostatecznie stopień wolności zależy od tego, kim jesteś i gdzie mieszkasz. W Tybecie czy Sinciangu jest on marginalny, podczas gdy w kosmopolitycznych prowincjach na południu kraju swoboda ta jest nieporównywalnie większa.

Główne wnioski

  1. Chiny nie działają według jednego, sztywnego planu – to elastyczny, ale i nieefektywny kolos. Postrzeganie Chin jako monolitu realizującego precyzyjną strategię na sto lat naprzód jest mitem. W rzeczywistości państwo to przypomina „ogromny startup” o zdecentralizowanej strukturze, w której kluczową rolę odgrywa brutalna rywalizacja lokalnych władz i biznesów. Choć Pekin wyznacza ogólne kierunki, tamtejszy model gospodarczy opiera się na nieustannym eksperymentowaniu, częstych zwrotach akcji i elastyczności – co z jednej strony daje Chinom przewagę, a z drugiej generuje gigantyczne marnotrawstwo kapitału.
  2. Młode pokolenie buntuje się pasywnie z powodu braku perspektyw i „inwolucji”. Mimo ogromnego sukcesu technologicznego i bogactwa wschodniego wybrzeża Chiny borykają się z głębokimi problemami społecznymi. Kluczowym wyzwaniem jest duże bezrobocie wśród absolwentów uczelni oraz brak mobilności społecznej. Młodzi Chińczycy, zmuszeni do coraz cięższej pracy za coraz mniejsze realne korzyści, masowo rezygnują z wyścigu szczurów. Ich bunt nie przybiera formy demonstracji, lecz apatii i celowego wycofania się z życia społeczno-gospodarczego.
  3. Wyścig AI toczy się tylko między Chinami a USA, ale Pekin nakłada na technologię twarde filtry. Europa utraciła pozycję lidera technologicznego z powodu braku kapitału inwestycyjnego, a nie nadmiaru regulacji. Prawdziwy pojedynek o prymat w AI toczy się między USA (nastawionymi na komercję i swobodę) a Chinami, które kładą nacisk na integrację sztucznej inteligencji z robotyką i przemysłem.